Dwudziesta Dziewiąta Niedziela zwykła

Kilka lat temu pewna chrześcijanka zadała mi następujące pytanie. “Proszę księdza, mam wystarczająco dużo pieniędzy, jestem zdrowa, poza tym nie mam większych problemów. Do czego właściwie potrzebny jest mi Bóg?”

Niestety wątpliwość tę usłyszałem z ust chrześcijanki, ale niewątpliwie w ten sam sposób myśli wielu ludzi, szczególnie ci, którzy nie znają Boga.

Ludzie, którzy nie znają Boga, są przekonani, że jest On kimś lub czymś, mocniejszym od człowieka i w razie potrzeby może nam pomóc. Wtedy, gdy o własnych siłach nie mogą zrealizować swoich pragnień lub kiedy napotkają na problemy, które przerastają ich siły, zwracają się do tego Boga i za pomocą modlitw, ofiar, obietnic i innych środków starają się uzyskać Jego pomoc.

Jeśli jednak sami są w stanie uzyskać to, co uważają za potrzebne, jeśli sami są w stanie zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa i stabilności, wtedy myślą, że nie potrzebują Boga. Bardzo często stają się podobni do niesprawiedliwego sędziego z dzisiejszej Ewangelii, są przekonani, że nie potrzebują ani Boga ani ludzi, i nie szanują nikogo.

Czy pomocy Boga powinni wzywać tylko ci, którzy są tak słabi i bezbronni jak wdowa?

Czy mocni ludzie nie potrzebują modlić się?

Zanim odpowiemy na te pytania powinniśmy odpowiedzieć sobie na inne.

Czy istnieją naprawdę mocni ludzie, czyli tacy, którzy własnymi siłami potrafią zaspokoić wszystkie swoje potrzeby, tacy, którzy są w stanie rozwiązać wszystkie problemy, którzy są w stanie własnym wysiłkiem osiągnąć szczęście?

Najprawdopodobniej istnieją ludzi, którzy uważają się za mocnych, którzy są przekonani, że nikogo nie potrzebują. Jednak w rzeczywistości, jako stworzenia jesteśmy wszyscy całkowicie uzależnieni od Boga naszego Stwórcy. Poczynając od własnego życia, wszystko, co posiadamy zawdzięczamy Bogu. Bez pomocy Boga, nikt nie jest w stanie zaspokoić wszystkich swoich potrzeb, nikt nie jest w stanie osiągnąć szczęścia. W tym sensie każdy człowiek jest słaby i potrzebuje pomocy Boga.

Czy zatem modlitwa, do której wzywa nas Jezus, służy tylko do uzyskania pomocy Boga? Czy możemy ograniczyć funkcję Boga jedynie do wysłuchiwania naszych modlitw?

Zgodnie z nauką Jezusa, Bóg kocha wszystkich i troszczy się o wszystkich jednakowo. Błogosławi sprawiedliwym i niesprawiedliwym. Pomaga zarówno ludziom, którzy podobnie do  ubogiej wdowy uznają swoją słabość i proszą Boga o Jego pomoc, jak i ludziom, którzy tak samo jak niesprawiedliwy sędzia nie uznają rzeczywistości i nigdy się nie modlą. Bóg pragnie zaspokoić potrzeby wszystkich bez wyjątku ludzi.

Po co więc człowiek ma się modlić? W jakim celu mamy modlić się nieustannie?

Bóg, który nas kocha nie tylko pragnie nam pomóc i zaspokoić nasze potrzeby, ale przede wszystkim pragnie żyć w miłosnej relacji z każdym z nas, pragnie, abyśmy nie tylko przyjęli Jego dary i Jego pomoc, ale przede wszystkim, abyśmy przyjęli samego Boga oraz abyśmy ofiarowali Mu naszą własną miłość, abyśmy ofiarowali Mu nas samych.

Człowiek zostaje chrześcijaninem nie w tym celu, aby uzyskać jakąś szczególną opiekę, czy też pomoc Boga, ale w tym celu, aby odpowiedzieć na pragnienie Boga, czyli w tym celu, aby przyjąć Dawcę wszelkiego dobra, i aby odpowiedzieć swoją miłością na Jego miłość, aby ofiarować Bogu siebie samego.

Dlatego właśnie dla chrześcijanina modlitwa nie jest środkiem do osiągania własnych celów, ale jest miłosnymi obcowaniem z Bogiem. Oczywiście w tej modlitwie jest miejsce na wyrażanie własnych potrzeb, obaw, nadziei itd. Jednak dla chrześcijanina najważniejszym jest pragnienie Królestwa Bożego, czyli pragnienie zjednoczenia z Bogiem. To zjednoczenie jest nie tylko największym pragnieniem Boga, ale także stanem zaspokojenia wszelkich potrzeb człowieka, jest stanem doskonałego szczęścia człowieka, jest celem życia człowieka.

Módlmy się o to, abyśmy w odpowiedzi na wezwanie Jezusa, modlili się wytrwale i ciągle pogłębiali naszą jedność z Bogiem.

Módlmy się także o to, abyśmy poprzez dzielenie się z innymi ludźmi darami, które otrzymaliśmy od Boga, objawiali Jego bezwarunkową miłość do wszystkich ludzi i przekazywali im zaproszenie Boga do miłosnego zjednoczenia.

Dwudziesta ósma niedziela zwykła.

Myślę, że niezależnie od tego, w jakim kraju urodziliśmy się, już od najmłodszych lat byliśmy uczeni dziękować ludziom, którzy zrobili dla nas coś dobrego. Sami także naturalnie oczekujemy wdzięczności od ludzi, jeśli oddamy im jakąś przysługę.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus ujawnia nam, że On także spodziewał się wdzięczności od ludzi, których uleczył. Co więcej zgodnie z nauczaniem świętego Pawła,(1Tes5,18) sam Bóg oczekuje naszej wdzięczności za to, co dla nas czyni.
Pomimo tego, że podobnie jak człowiek, także Bóg pragnie naszej wdzięczności, pragnienia te nie są takie same.
Wielu ludzi oczekuje wdzięczności innych ludzi, ponieważ wdzięczność tą uważa za wyraz docenienia własnego wysiłku. Wdzięczność innych ludzi może być także uznana za wyraz akceptacji własnego działania, a nawet za wyraz akceptacji własnej osoby, za bycie uznanym za dobrego człowieka. Wdzięczność innych ludzi, może stać się nawet siłą do dalszych wysiłków w celu pomocy tym ludziom.
Niestety, dla bardzo wielu ludzi uzyskanie wdzięczności innych ludzi jest ważniejsze niż sama pomoc tym ludziom. Możemy nawet powiedzieć, że pomoc ludziom jest tylko środkiem do uzyskanie ich wdzięczności, do uzyskania akceptacja własnego działania oraz własnej osoby. Taka motywacja staje się widoczna, kiedy człowiek rezygnuje z pomagania innym ludziom, z powodu braku znaków wdzięczności tych ludzi.
Na podstawie takiego doświadczenia wielu ludzi kształtuje swój obraz Boga. Ludzie ci są przekonani, że Bóg pragnie naszej wdzięczności, jako formy zapłaty za Jego dary. Co więcej są przekonani, że jeżeli człowiek nie wyrazi swojej wdzięczności, to Bóg przestanie pomagać człowiekowi, przestanie udzielać mu swoich łask.
Ale czy tak jest naprawdę? Czy rzeczywiście pragnąc naszej wdzięczności Bóg kieruje się podobnymi motywacjami?
W dzisiejszym drugim czytaniu znajdujemy następujące słowa: „Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego.”
Z całą pewnością Bóg pragnie od nas wdzięczności, ale nie czyni jej warunkiem swojej łaskawości. Bóg kocha nas bezwarunkowo i będzie nas kochał, będzie nam pomagał nawet wtedy, kiedy nie będziemy doceniać Jego działania. Nawet wtedy, kiedy nie będziemy okazywali Mu naszej wdzięczności.
Dlaczego więc Bóg pragnie naszej wdzięczności?
Szczere poczucie wdzięczności wynika z tego, że w czynie drugiej osoby dostrzegliśmy dobroć, na którą nie zasługujemy. Dostrzegliśmy pewne dobro, które nie było ani naszym prawem, ani obowiązkiem tej osoby. Innymi słowami, dostrzegliśmy bezinteresowną miłość tej osoby wobec nas samych.
Poprzez pragnie naszej wdzięczności Bóg wyraża inne pragnienie. Jest to pragnienie tego, abyśmy w Jego działaniu dostrzegli Jego miłość do nas.
Bóg, który nas kocha, ostatecznie pragnie dać nam Siebie Samego. Bóg pragnie dać nam Samego Siebie, ponieważ tylko wtedy, kiedy przyjmiemy Boga i ofiarujemy Mu siebie samych, będziemy mogli zjednoczyć się z Bogiem, będziemy mogli osiągnąć cel naszego życia i stać w pełni szczęśliwi.
Jednak, jeśli nie poznamy miłości Boga i nie pokochamy Go bardziej niż Jego dary, nie będziemy w stanie ani przyjąć Boga, ani ofiarować Mu siebie samych, czyli nie będziemy w stanie zjednoczyć się z Bogiem.
W rzeczywistości Bóg ciągle nam pomaga i obdarowują nas niezliczonymi darami nie tylko po to, aby zaspokoić nasze doraźne potrzeby, ale przede wszystkim po to, abyśmy w tych darach dostrzegli miłość Dawcy, abyśmy ukochali Go, zapragnęli przebywać z Nim oraz zapragnęli zjednoczyć się z Nim.
Dziewięciu uzdrowionych Żydów z całą pewnością ucieszyło się z otrzymanego daru zdrowia. Może pobiegli do swoich rodzin i znajomych, aby podzielić się swoją radością. Jednak brak ich wdzięczności wobec Jezusa ukazuje, że w otrzymanym darze nie zauważyli miłości Jezusa, nie zauważyli miłości Boga. Dlatego też możemy powiedzieć, że stracili szansę poznania Boga, stracili szansę przyjęcia daru, który Jest w stanie zaspokoić pragnienia serca człowieka. Stracili szansę przyjęcia największego daru, jakim jest sam Bóg.
W przeciwieństwie do tych dziewięciu Żydów Samarytanin, jak również Syryjczyk Naaman, w otrzymanym darze zdołali dostrzec miłość Dawcy. Właśnie dostrzeżenie tej miłości, wzbudziło w ich sercach prawdziwą wdzięczność, która pomogła im otworzyć serce i przyjąć coś znacznie większego niż dar zdrowia. Przyjęli miłość Dawcy, a wraz z nią Samego Dawcę. To odmieniło ich życie całkowicie. Właściwie dopiero w tym momencie zostali prawdziwie uzdrowieni. Bóg uzdrowił nie tylko ich ciało, ale także ich duszę.
Módlmy się o to, abyśmy radując się z otrzymanego od Boga daru, nie zatrzymywali się na tym darze, ale abyśmy zdołali dostrzec w nim miłość Dawcy, tak, abyśmy wraz z miłością Boga mogli przyjąć Jego samego.

Dwudziesta siódma niedziela zwykła.

Niektórzy ludzie, którzy przyjmują chrzest, jako dorośli, są przekonani, że Jezus będzie się troszczył o nich w jakiś szczególny sposób, że będzie ich strzegł, przed różnymi wypadkami, chorobami, i innymi nieszczęściami, że będzie rozwiązywał za nich różnorodne problemy, zaspakajał ich pragnienia. Z tego powodu są przekonani, że po przyjęciu chrztu w ich życiu będzie mniej cierpienia i innych problemów. Jednym słowem są przekonani, że ich życie stanie się łatwiejsze. To przekonanie staje się ich oczekiwaniem wobec Jezusa.

Myślę, że każdy chrześcijanin dobrze wie z własnego doświadczenia, że życie chrześcijanina wcale nie jest łatwiejsze od życia innych ludzi. Wprost przeciwnie mogą pojawić się w tym życiu problemy oraz cierpienia, których nie znają inni ludzie. Dlatego też Chrześcijanie, którzy byli przekonani, że po przyjęciu chrztu ich życie stanie się łatwiejsze, mogą czuć się zawiedzeni, a może nawet oszukani przez Jezusa.

Niektórzy z tych chrześcijan w pełni sobie uświadamiają odczuwany zawód i odchodzą od Jezusa. Inni natomiast z różnych przyczyn nie mają odwagi w pełni uznać swojego zawodu. Aby ukryć ten zawód stwierdzają, że ich brak zadowolenia z nowego sposobu życia wynika z faktu, że ich wiara jest za słaba. Są przekonani, że gdyby tylko mieli mocniejszą wiarę, ich oczekiwania zostałyby spełnione, czyli byłoby tak, jak to sobie to wyobrażali przed przyjęciem chrztu. Dlatego też, podobnie jak Apostołowie w dzisiejszej Ewangelii, proszą Jezusa o wzmocnienie ich wiary.

W odpowiedzi na prośbę Apostołów, Jezus najpierw stwierdza, że nie potrzebna jest wcale duża wiara, że całkowicie wystarcza wiara tak mała, jak małe jest ziarnko gorczycy. Jezus poucza nas, że powinniśmy zwracać uwagę nie na wielkość, czy też moc naszej wiary, ale na jej treść, czyli na to, czy jest ona taka, jaką pragnie Jezus.

Ponieważ Apostołowie porzucili swój sposób życia, jaki prowadzili do momentu spotkania z Jezusem i poszli za Nim, możemy powiedzieć, że ich wiara była bardzo mocna.

Ale, w co wierzyli Apostołowie?

Wierzyli, że Jezus zostanie Królem Izraela, a oni, jako Jego towarzysze, będą mieli udział w Jego bogactwie, w Jego władzy oraz różnorodnych przywilejach. Tego rodzaju oczekiwania były głównym problemem ich wiary, ponieważ oczekiwali od Jezusa tego, czego Jezus im wcale nie obiecał, czyli czegoś, czego od Jezusa nie mogli uzyskać. Błędna wiara była źródłem bezpodstawnych, czy też nawet nierealistycznych oczekiwań. Z kolei te oczekiwania powodowały liczne nieporozumienia oraz poczucie zawodu.

Poprzez przypowieść o słudze Jezus pokazuje, że prawdziwa wiara jest czymś całkowicie innym, niż wiara, którą na początku posiadali Apostołowie. Prawdziwa wiara nie jest środkiem do spełniania osobistych pragnień, czy też innymi słowami, nie jest próbą wykorzystania Jezusa dla realizacji własnych planów. Prawdziwa wiara jest służeniem Panu, czyli realizowania misji, którą On nam zlecił. Co więcej prawdziwa wiara jest służeniem Jezusowi bez oczekiwania żadnej zapłaty. Oczywiście Jezusowi nie chodziło o to, abyśmy służyli mu, jako posłuszni niewolnicy, ale o to, abyśmy służenie mu z miłości do Niego.

Poprzez taką bezinteresowną służbę, człowiek wyraża swoje zaufanie oraz miłość do Jezusa. Jednocześnie ofiarowuje siebie Jezusowi. Ponieważ Jezus już wcześniej ofiarował się nam całkowicie, taka służba wzmacnia więź, która łączy nas z Jezusem, a ostatecznie prowadzi nas do doskonałego zjednoczenia z Jezusem. Właśnie ta jedność z Jezusem, która jednocześnie jest jednością z Bogiem Ojcem, jest celem wiary.

Abyśmy mogli osiągnąć ten cel, podobnie jak Apostołowie musimy ciągle oczyszczać swoje motywacje kroczenia za Jezusem. Musimy porzucać te wszystkie oczekiwania, które nie opierają się na Jego obietnicach, czy też nauce Jezusa, a jedynie wynikają z naszych żądz, czy też ambicji. Jednocześnie musimy ciągle wzmacniać swoją nadzieję, która wypływa z nauki oraz obietnic Jezusa Chrystusa.

Jezus nie obiecał nam usunięcie z drogi naszego życia wszelkich trudności, czy tez cierpień, ale obiecał nam, że jeżeli tylko wytrwamy przy Nim do końca, to niezależnie od tego, co nas spotka w naszym życiu, doprowadzi nas On do Królestwa Bożego, czyli do uczestnictwa w Bożym życiu i miłości, do pełnej jedności z Bogiem Ojcem, która jest dla człowieka stanem największego i wiecznego szczęścia.

Módlmy się o to, abyśmy nigdy nie próbowali używać Jezusa, jako środka do zaspokojenia własnych pragnień, ale abyśmy zaufali Jezusowi i poprzez realizację misji, którą powierzył nam Jezus, pogłębiali naszą jedność z Jezusem, i kroczyli w kierunku doskonałej jedności.

Dwudziesta Szósta niedziela zwykła

Patrząc się na otaczający nas świat, możemy zaobserwować to, jak bardzo się on zmienia. Zmiany są tak szybkie, że wielu ludzi nie może za nimi nadążyć.

Jednak pomimo tak wielu zmian, jest wiele rzeczy, które nie zmieniają się od wieków. Jedną z tych rzeczy jest wielka nierówność między ludźmi. Nierówność ta przejawia się między innymi w tym, że zarówno pożywienie, jak i inne potrzebne do życia środki nie są sprawiedliwie dzielone między ludzi.

Podobnie jak w przeszłości także obecnie jest wielu ludzi bardzo bogatych, którzy posiadają więcej niż potrzebują. Jednocześnie są ludzie, którzy są bardzo biedni, którzy nie mają nawet podstawowych środków potrzebnych do życia.

Podobnie jak w przeszłości, także dzisiaj są ludzie, którzy z nadmiaru jedzenia, albo picia chorują, a nawet umierają. Są niestety tacy, którzy chorują lub umierają z powodu braku jedzenia lub zwykłej wody.

Najprawdopodobniej ta niesprawiedliwa sytuacja, jak również egoistyczne relacje międzyludzkie, na których ta sytuacja jest oparta, nie zmieniają się, ponieważ u większości ludzi nie zmienia się naturalne wyobrażenie o szczęściu.

Podobnie jak w przeszłości także teraz większość ludzi jest przekonanych, że człowiek może być szczęśliwy tylko wtedy, kiedy jest bogaty i zdrowy. Dla tych, którzy uważają, że zdrowie i bogactwo są warunkiem szczęścia, stają się czymś najważniejszym. Dla utrzymania zdrowie, lub zdobycia pieniądze poświęcają wszystkie swoje siły i cały swój czas. Ludzie ci z powodu rożnych niepokojów, lęków i trosk, wykorzystują każdą okazję, aby zdobyć coraz to większe bogactwo. Jednocześnie stają się coraz bardziej egoistyczni i nie są w stanie dzielić się posiadanym bogactwem z innymi ludźmi, jeżeli to nie przynosi im żadnych korzyści.

Poprzez przypowieść, którą przed chwilą usłyszeliśmy, a w rzeczywistości poprzez całe swoje życie, Jezus starał się zmienić ludzkie myślenie na temat szczęścia, a przez to uzdrowić relacje międzyludzkie. W tym celu ukazywał bezsens powszechnego przekonania dotyczącego szczęścia, jak również niebezpieczeństwo związane z życiem opartym na takim przekonaniu.

W rzeczywistości to, co Jezus nas naucza każdy z nas może zaobserwować w swoim życiu. Myślę, że każdy z nas zna ludzi, którzy pomimo tego, że są zdrowi i bogaci wcale nie są szczęśliwy. Najprawdopodobniej znamy także ludzi, którzy pomimo choroby lub ubóstwa, żyją szczęśliwie. Na podstawie takich doświadczeń możemy dojść do wniosku, że zarówno bogactwo, jak i zdrowie nie zapewniają szczęścia. Natomiast bieda i choroba nie uniemożliwiają człowiekowi stać się szczęśliwym.

Wbrew przekonaniu wielu ludzi, szczęście człowieka wcale nie zależy od tego, co posiada, ani też od tego, co nie posiada. Szczęście człowieka zależy jedynie od tego, jakim jest on człowiekiem, a konkretnie od tego, jak wielką miłością jest przepełnione jego serce. Szczęście człowieka jest uzależnione od jego miłości, ponieważ człowiek został stworzony w tym celu, aby żyć w miłości i bez miłości nie może być szczęśliwy.

Dlatego też, jeżeli chcemy stać się szczęśliwi, nie powinniśmy za bardzo przejmować się tym, co posiadamy, lub tym, czego nie posiadamy. Powinniśmy raczej zwracać uwagę na to, jaki wpływ na naszą miłość, czy też na nasze międzyludzkie relacje mają rzeczy, które posiadamy, oraz pragnienie rzeczy, których nie posiadamy.

Jeżeli podobnie jak Jezus Chrystus nie będziemy kierowali się w swoim życiu własnymi żądzami, ale miłością, czyli dobrem innych ludzi, to podobnie jak święty Paweł będziemy w stanie wypowiedzieć następujące słowa:

„Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku.” (Flp 4,12)

Na podstawie doświadczenia Jezusa, jak również wielu Jego uczniów możemy być pewni, że jeżeli w swoim życiu będziemy kierowali się miłością, to będziemy żyli szczęśliwie we wszelkich warunkach, w jakich się znajdziemy. A co więcej poprzez takie życie będziemy w stanie pomóc wielu ludziom w poznaniu tego, co jest w życiu najważniejsze, wskażemy im drogę do prawdziwej miłości i do prawdziwego szczęścia. W ten sposób będziemy mogli przyczynić się do uzdrowienia międzyludzkich relacji wielu osób.

Módlmy się, abyśmy poprzez poznanie nauki Jezusa oraz Jego życia, a przede wszystkim poprzez pogłębiane naszej miłosnej relacji z Jezusem, byli w stanie kroczyć drogą miłości i przyczynili się do uzdrowienia relacji międzyludzkich i rozwoju Królestwa Bożego na ziemi.

Dwudziesta Piąta Niedziela zwykła

Słowami dzisiejszej Ewangelii, Jezus wzywa każdego z nas do zastanowienie się nad naszym majątkiem, nad tym, co uważam za swój najcenniejszy skarb.

Majątkiem, czy też skarbem człowieka niekoniecznie muszą być pieniądze, czy też posiadane dobra materialne. Majątkiem tym może być własne ciało, własne zdrowie, wiedza, zdolności, umiejętności, czy też zdobyte wykształcenie. Skarbem mogą być także własne doświadczenia, przekonania, czy też wiara. Skarbem człowieka może być praca, jaką wykonuje, pozycja, jaką zajmuje w społeczeństwie, ludzie, z którymi jest blisko związany, jak rodzina lub przyjaciele.

Co jest moim skarbem? Jaką rolę ogrywa on w moim życiu? Jak go używam? Jaki wpływ ma ten skarb na moje życie?

Niezależnie od tego, co ludzie uważają za swój majątek wydaje się, że większość ludzi jest przekonanych, że zdobyli go własnymi siłami, lub też dzięki jakiemuś szczęśliwemu losowi. Dlatego też są przekonani, że nikomu nie muszą być wdzięczni za ten skarb. Ponieważ myślą, że sami są właścicielami swojego majątku, są przekonani, że mają prawo używać go zgodnie ze swoją wolą. Co więcej są przekonani, że mają prawo do tego, żeby używać go tylko dla siebie

Z całą pewnością, kiedy człowiek posiada duży majątek i używa go tylko dla siebie, może kupić wszystko, co jest na sprzedaż, więcej niż potrzebuje do wygodnego życia. Najczęściej człowiek ten nieświadomie ogranicza swoje pragnienia do tego, co może kupić za pieniądze. Dlatego też może mieć wrażenie, że spełnia wszystkie swoje pragnienia, że jest szczęśliwy.

Jednak, jeżeli jego sposób życia i związane z tym samopoczucie jest uzależnione od jego majątku, musi bronić tego skarbu jak własnego życia, a nawet ciągle usiłować powiększyć ten skarb, aby mieć poczucie, że nie zagraża mu jego utrata, czyli aby czuć się bezpiecznie.

Czasami, w sposób całkowicie niezauważalny, skarb tego człowieka staje się centralnym punktem jego życia, człowiek zaczyna służyć mu, a nawet całkowicie uzależnia się od tego skarbu i staje się jego niewolnikiem. Podobniej jak każde uzależnienie, także to uzależnienie od własnego skarbu szkodzi człowiekowi i ostatecznie go niszczy.

Słowami dzisiejszej Ewangelii Jezus naucza nas całkowicie innego podejścia do własnego skarbu. Jezus poucza nas, że nasz majątek, niezależnie od tego, czym on jest i jak go zdobyliśmy, nie jest naszą własnością. Prawdziwym właścicielem jest Bóg Stwórca, który stworzył wszystko, co istnieje z niczego.

Poczynając od naszego życia, wszystko, co posiadamy, nawet, jeżeli zdobyliśmy to własną pracą, jest darem Boga. Ponieważ Bóg zawsze daje swoje dary w jakimś konkretnym celu, możemy powiedzieć, że z każdym darem związane jest jakieś zadanie, czyli jakaś misja, do której spełnienia Bóg nas wzywa.

Wynika stąd, że w rzeczywistości jesteśmy jedynie zarządcami swojego majątku. Dlatego też jedynym właściwym sposobem jego używania, jest używanie go zgodne z intencją Tego, który zwierzył nam zarząd nad tym majątkiem.

Jezus nie tylko tak nauczał, ale sam tak żył. Sam wyraźnie stwierdził, że wszystko, co ma nie jest Jego, ale Boga Ojca. W życiu kierował się tylko wolą Ojca, nawet, kiedy nie była ona zgodna z Jego własnymi pragnieniami. Zgodnie z wolą Ojca Jezus używał cały swój czasu, całą swoją wiedzę i wszystkie swoje siły dla dobra ludzi. Ostatecznie, w tym samym celu poświęcił swoje życie.

W tym sensie Jezus był dobrym zarządcą majątku, który powierzył Mu Bóg Ojciec. Takim życiem ukazał nam, jak my sami powinniśmy zarządzać majątkiem, który powierzył nam Bóg Ojciec.

Św. Paweł poucza nas, że przez takie życie Jezus stał się doskonałym człowiekiem, a co więcej stał się źródłem zbawienia dla każdego człowieka. Wynika stąd, że taki sposób życia Jezusa był najlepszy dla Niego samego, jak również dla wszystkich ludzi.

Módlmy się o to, abyśmy uznali swój własny majątek za dar Boga oraz abyśmy za przykładem Jezusa, używali tego majątku zgodnie z intencją jego Dawcy, czyli dla dobra innych ludzi.

Módlmy się także o to, abyśmy poprzez takie zarządzanie naszym majątkiem przygotowali się na przyjęcie skarbu, który może całkowicie zaspokoić pragnienia naszego serca, czyli na przyjęcie samego Boga.