Trzecia Niedziela zwykła (rok c)

Dzisiejsze czytania przypomniały mi pewne trudności, które przeżywałem, jako nastolatek. Pomimo, że byłem ochrzczony, jako niemowlę i odkąd mogę pamiętać zawsze byłem katolikiem, właściwie dopiero w wieku mniej więcej 16 lat zacząłem interesować się chrześcijaństwem. W tym czasie zacząłem czytać Pismo Święte oraz różne książki dotyczące chrześcijaństwa. Byłem oczarowany wieloma nowymi odkryciami dotyczącymi naszej wiary, ale przez długi czas męczył mnie pewien zarzut przeciw chrześcijaństwu, który spotkałem w jednej z czytanych książek. W dużym uproszczeniu był to mniej więcej taki zarzut:

“Powszechnie uważa się, że chrześcijaństwo jest religią miłości i rzeczywiście Kościół, jako organizacja, jak również wielu indywidualnych chrześcijan na przestrzeni wieków czynili i ciągle czynią wiele dobra dla społeczeństwa, czynią wiele dzieł miłosierdzia. Jednak czynią to wszystko jedynie po to, aby otrzymać nagrodę w niebie, aby uzyskać zbawienie. Wobec tego chrześcijaństwo nie jest religią miłości, ale jest religią egoizmu. ”

Intuicyjnie byłem przekonany, że to oskarżenie nie może być prawdziwe, że chrześcijaństwo rzeczywiście jest religią miłości. Niestety, na co dzień wielu katolików, których znałem potwierdzało swoim życiem raczej prawdziwość tego oskarżenia. Wielu z nich chodziło do kościoła, jedynie dlatego, że był taki nakaz. Starali się także przestrzegać różne inne przykazania i nakazy kościelne przede wszystkim z obawy przed karą, która mogłaby ich spotkać za złamanie przykazań, za popełnienie grzechu. Byli także przekonani, że przez tego rodzaju posłuszeństwo zdobędą zasługi, dla których Bóg będzie im błogosławił, i na końcu życia obdarzy ich nagrodą w postaci życia wiecznego. Większość bardzo się starała i byli naprawdę bardzo dobrymi ludźmi. Dla zdobycia radości wiecznych rezygnowali z wielu radości doczesnych. Osobiście wcale nie wątpię, że ci, którzy tak żyli i już umarli poszli do nieba i rzeczywiście mają udział w tych wiecznych radościach, które pragnęli. Jednak mam wątpliwości, co do tego, czy byli oni szczęśliwi za życia? Czy ludzie, którzy obecnie praktykują taki rodzaj religijności są szczęśliwi? Czy taka religijność nie zniewala ludzi, czy nie zabiera im radości godnych życia ludzkiego? Czy takie życie jest rzeczywiście chrześcijańskim? Czy jest to sposób życia, jaki pragnie dla nas Jezus?

W dzisiejszym czytaniu Jezus mówi nam o swojej misji i jednocześnie objawia nam, w jaki sposób pragnie zmienić nasze życie. Jezus przyszedł po to, aby “ubogim nieść dobrą nowinę, więźniom głosić wolność, niewidomym przejrzenie, aby uciśnionych odsyłać wolnymi, aby obwoływać rok łaski od Pana”. Innymi słowami Jezus przyszedł po to, aby wyzwolić nas od różnych zniewoleń, począwszy od naszych zniewoleń osobistych, poprzez zniewolenia narzucone nam przez inne osoby, różne instytucje społeczne oraz instytucje religijne, aż do zniewoleń, które wynikają z naszego błędnego pojęcia Boga, z naszej niewłaściwej relacji do Niego. Jezus pragnie nas wyzwolić ze wszystkich tych zniewoleń, gdyż tylko wtedy, gdy staniemy się naprawdę wolnymi, będziemy zdolni do bezwarunkowej miłości, będziemy zdolni do przyjęcia największego daru, jakim Jezus pragnie nas obdarzyć, do przyjęcia Jego samego. Jezus pragnie, abyśmy już teraz głęboko się z Nim związali, abyśmy już teraz mieli udział w radościach życia wiecznego, abyśmy już teraz byli szczęśliwi. Z całą pewnością nie chce, abyśmy usiłowali zdobyć szczęście wieczne kosztem prawdziwego szczęścia doczesnego.

Jezus pragnie nas wyzwolić i ma siłę, aby to uczynić, jednak nie może uczynić tego bez naszej zgody, nie może uczynić tego wbrew naszej woli. Dlatego też ważnym pytaniem, które stawia nam dzisiejsza Ewangelia jest to, czy rzeczywiście pragniemy tej wolności, którą przynosi nam Jezus, czy zgadzamy się na to, aby Jezus odmienił nasze życie?

Mogłoby się wydawać, że każdy pragnie wolności, że każdy pragnie przyjąć dar, który ofiaruje nam Bóg. Mogłoby się wydawać, że przynajmniej każdy chrześcijanin pragnie głębszej więzi, mocniejszej zażyłości z Jezusem. Ale czy tak jest rzeczywiście?

Możliwe, że czasami czujemy się zniewoleni pewnymi układami, w których żyjemy, że czasami nasz mały światek, który z takim wysiłkiem urządziliśmy sobie, wydaje się bardzo ciasny i niewygodny, że przynajmniej czasami odczuwamy pragnienie wyzwolenia się z tego wszystkiego. Ale czy tak naprawdę nie boimy się utracić tego unormowanego, ustabilizowanego życia, które tak dobrze znamy? Czy nie boimy się pewnej niepewności i ryzyka, które ze sobą przynosi takie wyzwolenie? Czy nie obawiamy się wolności i odpowiedzialności, która jest z nią związana?

Najprawdopodobniej niejednokrotnie pragnęliśmy bliskości Jezusa, pragnęliśmy żyć w dużej zażyłości z Jezusem. Ale czy tak naprawdę nie obawiamy się tego? Czy nie czujemy się znacznie wygodniej i bezpieczniej, gdy Jezus zachowuje pewien dystans, gdy pozostaje na ołtarzu w kościele, gdy zbytnio nie miesza się do naszego codziennego życia, a my możemy iść na spotkanie Jezusa wtedy, kiedy mamy na to ochotę? Czy nie obawiamy się tego, że gdybyśmy Go przyjęli, gdybyśmy otworzyli się na Niego, to On odmieniłby nasze życie całkowicie, że przejąłby inicjatywę, że już nie bylibyśmy w stanie sami planować sobie życia, że nie bylibyśmy w stanie manipulować ani Jezusem, ani Bogiem?

Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami więcej pytań, niż odpowiedzi. Jednak myślę, że warto podjąć próbę odpowiedzi na te pytania.

Aby Jezus mógł nas uleczyć, aby mógł nas wyzwolić, musimy najpierw zdać sobie sprawę z naszych własnych zniewoleń i z tego jak bardzo nas one ograniczają i unieszczęśliwiają. Dopiero, gdy zaufamy Jezusowi i będziemy mieli odwagę pragnąć więcej, gdy będziemy mieli odwagę przyjąć dar wolności, słowa Pisma Świętego, które czytamy dzisiaj, spełnią się w naszym życiu. Amen.

Druga Niedziela zwykła

W czasach Jezusa na wesele zapraszani byli wszyscy mieszkańcy danej miejscowości. A wesele to trwało przez kilka dni. Dlatego też rodzina Pana lub Pani młodej, aby przygotować takie wesele, musiała często pożyczać pieniądze na zakup wystarczającej ilości jedzenia i picia.

Takie wesele było wyrazem wdzięczności państwa młodych dla całego społeczeństwa, które wspierało ich do tej pory, ale także miało wykazać zdolność nowej rodziny do spełniania swoich społecznych obowiązków.

Dostarczenie odpowiedniej ilości wina było obowiązkiem pana młodego. Fakt, że na weselu, w którym uczestniczył Jezus, zabrakło wina, oznacza, że pan młody nie spełnił tego obowiązku. Gdyby to wyszło na jaw, pan młody zostałby uznany za człowieka nieodpowiedzialnego, który nie jest w stanie spełnić swoich obowiązków wobec społeczeństwa oraz swojej nowej rodziny. Ten ślub mógłby zakończyć się nawet rozwodem, czyli rozpadem nowopowstałej rodziny. Z tego powodu brak wina był dla pary młodej wielkim problemem, który zagrażał istnieniu dopiero co powstałej rodziny

Dostarczając brakującego wina, Jezus uratował honor pana młodego oraz uratował nową rodzinę. Dzięki Jezusowi wesele mogło zakończyć się szczęśliwie. Nowe małżeństwo mogło rozpocząć swoje nowe życie rodzinne, a na dodatek mogło być wspierane wdzięcznością uczestników ich wesela.

Jednak poprzez cud przemiany wody w wino, Jezus nie tylko uratował młodą rodzinę, ale także ukazał swoją chwałę. Cud ten był znakiem, który ukazywał tożsamość Jezusa oraz Jego misję.

Aby odczytać ten znak musimy spojrzeć na to wydarzenie w kontekście całej Historii Zbawienia.

Najważniejszym momentem w tej historii było zawarcie przez Boga i Izraelitów przymierza na górze Synaj. Od tego momentu, Bóg stał się Bogiem Izraela, a Izrael stał się ludem Boga. Oparta na tym przymierzu relacja Boga i narodu Izraelskiego była porównywana do relacji małżonków. W Starym Testamencie Bóg Jahwe jest często ukazywany, jako Pan Młody, a Izrael, jako panna młoda.

Niestety Izraelici niejednokrotnie łamali przymierze, zdradzali zaufanie Boga, odchodzili od Niego i oddawali cześć różnym bożkom. Prorocy porównywali niewiernego Izraela, do żony, która zdradzała męża.

Także w czasach Jezusa, relacja między Bogiem, a Izraelem przypominała relację męża i zdradzającej go kobiety. Jezus wyraża tą relację następującymi słowami: „Obłudnicy! Słusznie prorokował o was Izajasz: Lud ten czci mnie wargami, lecz swoim sercem daleko jest ode mnie.” (Mt 15,7-9). Związek Izraelitów z Bogiem był tylko formalny. Nie był żywy. Nie był źródłem życia.

Brak wina na weselu w Kanie obrazował właśnie tą relację. Jeszcze wszystko wydawał się być w porządku. Patrząc się na życie Świątyni można było odnieść wrażenie, że Izraelici są wierni i żyja w dobrej relacji z Bogiem. Jednak w rzeczywistości relacja Izraelitów z Bogiem była prawie martwa, istniało realne niebezpieczeństwo tragicznego zakończenia tej relacji. Izrael zmierzał ku całkowitemu odejściu od Boga na całą wieczność. W rzeczywistości zagrożona była nie tylko więź Izraelitów z Bogiem, ale także więź całej ludzkości z Bogiem.

Poprzez spełnienie obowiązku pana młodego i uratowanie młodej rodziny Jezus ukazał, że przyszedł na ten świat w tym celu, aby uratować związek człowieka z Bogiem, a co więcej, aby doprowadzić tą relację do doskonałości.

Jezus spełnił swoją misję poprzez ukazanie ludziom bezwarunkowej miłości Boga do ludzi, jak również poprzez ofiarowanie Bogu swojej ludzkiej miłości. Niedoskonałej uczynił to na krzyżu wśród cierpienia, kiedy doświadczał największej niesprawiedliwości, kiedy człowiek dokonywał największego zła. Właśnie z tego powodu, krzyż, który był miejscem, gdzie została przelana krew Jezusa i gdzie Jezus został zamordowany, stał się miejscem, gdzie dokonało się nasze pojednanie z Bogiem. Krzyż stał się miejscem, gdzie zostało zawarte nowe i wieczne przymierze między Bogiem i całą ludzkością. Od tego momentu zaczęła się nowa era, w której każdy człowiek może stać się obywatelem Królestwa Bożego, czyli może żyć w serdecznej relacji z Bogiem.

Msza święta, w której teraz uczestniczymy, jest pamiątką tego Nowego i Wiecznego Przymierza. Msza święta jest także miejscem, gdzie rzeczywiście realizuje się to, co Jezus symbolicznie ukazał w Kanie Galilejskiej. Podczas Mszy Świętej Jezus Chrystus przemienia wino w swoją własną krew, a chleb w swoje własne Ciało. Następnie poi nas swoją Krwią i karmi swoim Ciałem i w ten sposób obdaruje nas Boskim Życiem, pogłębia naszą relację z Bogiem Ojcem, daje nam siłę, dzięki której możemy żyć w tym świecie, jako obywatele Królestwa Bożego, jako dzieci Boga.

Módlmy się o to, aby wszyscy chrześcijanie, którzy poprzez chrzest stali się uczestnikami Nowego i Wiecznego Przymierza, wzmocnieni i ożywieni Ciałem i Krwią Jezusa, żyli zgodnie z Jego nauką i przykładem Jego życia i byli w stanie ofiarować siebie Bogu i kroczyć ku pełni życia wiecznego.

Boże Narodzenie 2018

W kościele, w którym kiedyś pracowałem był pewien uczeń szkoły podstawowej, który z wielkim przejęciem opowiadał mi o tym, że z telewizji dowiedział się o tym, że Joanna Dark słyszała głos Boga. Później dowiedział się, że także inni ludzie, jak św. Matka Teresa, czy też św. Franciszek z Asyżu słyszeli głos Boga. Chłopak ten powiedział mi, że on także chce usłyszeć głos Boga, tylko nie wie, co ma w tym celu zrobić. Powiedziałem mu, że przede wszystkim musi się wyciszyć oraz, że musi otworzyć nie tylko uszy, ale i serce, że powinien słuchać nie tylko uszami, ale i sercem.
Później dowiedziałem się od mamy tego chłopaka, że był na mnie bardzo zły. Był na mnie zły, ponieważ przez chwilę siedział cicho i próbował słuchać uszami i sercem, ale nic nie usłyszał. Powiedział mamie, że bardzo się rozczarował i poczuł się oszukany przez księdza.
Chłopak ten szczerze wyznał swoje odczucie, swoje rozczarowanie. Ale myślę, że jednocześnie wyraził uczucie wielu innych ludzi, którzy choć odczuwają podobnie, z różnych powodów nie wyrażają swojego uczucia.
Czy przypadkiem także i my nie jesteśmy czasami rozczarowani? Czy przypadkiem nie czujemy się zawiedzeni innymi ludźmi, a może nawet samym Bogiem? Czy w mijającym roku nie było chwil, kiedy czuliśmy się opuszczeni przez Boga, czy wręcz oszukani przez Niego? Czy nie zadawaliśmy sobie pytania o to, dlaczego Bóg milczy, dlaczego nie odpowiada na nasze wezwania, dlaczego w milczeniu przygląda się naszemu cierpieniu?
Ten zarzut wobec wielu ludzi, także wobec księży jest niejednokrotnie całkiem uzasadniony. Ale, czy jest on uzasadniony wobec Boga? Czy rzeczywiście Bóg przygląda się w milczeniu naszym cierpieniom? Czy rzeczywiście nie odpowiada na nasze wezwania? Czy rzeczywiście jest nieobecny? Czy fakt, że nie słyszymy głosu Boga wynika z tego, że On milczy, czy raczej z tego, że to my źle słuchamy?
Przed chwilą usłyszeliśmy biblijną historię narodzenia Jezusa Chrystusa. Jest to stara i dobrze znana historia. Powtarzana jest już od prawie dwóch tysięcy lat. Wielu z nas słyszy ją, co rok już od maleńkości. Jednak pomimo tego, że bardzo dobrze znamy tę historię ciągle chodzimy do kościoła, aby na nowo jej słuchać, a co więcej, aby świętować to wielkie wydarzenie, które ona opisuje.
Dlaczego ta historia jest tak ważna, dlaczego jest tak często powtarzana i nigdy się nie znudzi?
Historia ta jest ważna, ponieważ opisuje ona odpowiedź Boga na wezwania wszystkich ludzi. Tych ludzi, którzy urodzili się przed Jezusem, jak również tych, którzy urodzili się później, a także tych, którzy jeszcze się urodzą.
Bóg odpowiada na wezwania człowieka w zaskakujący sposób. Nie odpowiada głosem, który brzmi przez chwilę, aby następnie zniknąć i być zapomnianym. Bóg odpowiada Słowem, które trwa na wieki. Odpowiada Słowem, które zmienia rzeczywistość. Tym Słowem Boga, jest to małe, bezbronne i bezsilne niemowlę, którego narodzenie dzisiaj świętujemy.
Każde narodzenie dziecka jest nowym początkiem, nową wspaniałą szansą, która wzbudza radość i nadzieję nie tylko w sercach rodziców, ale także w sercach wielu innych ludzi. Niestety nie zawsze ta nowa szansa jest zrealizowana. Bardzo często jest ona całkowicie zmarnowana. Niejednokrotnie, nadzieja zamienia się z rozpacz, a dziecko, które było źródłem radości, staje się źródłem smutku i cierpienia.
Narodzenie Jezusa jest nową nadzieją dla całego świata. A co ważniejsze jest nadzieją, która została w pełni zrealizowana. Właśnie poprzez Jezusa Bóg daje każdemu człowiekowi możliwość zrealizowanie jego najgłębszych pragnień. Dzięki Jezusowi każde może usłyszeć odpowiedź Boga na swoje modlitwy, oraz na wszystkie zarzuty, jakie stawia on Bogu.
Przez Jezusa Bóg ogłasza wszystkim ludziom, że nie jest On jakimś zimnym niedosięgłym Absolutem, który z daleka, obojętnie przygląda się losom świata, ale miłosiernym Ojcem, który jest zaangażowany w losy świata, który jest blisko każdego z nas i razem z nami ponosi trudy życia.
Narodzenie Jezusa ukazuje prawdę, że nie musimy lękać się Boga jak absolutnego i surowego władcy, ale, że możemy zbliżyć się do niego bez lęku, właśnie tak, jak zbliżamy się do nowonarodzonego dziecka.
Narodzenie Jezusa jest zaproszeniem do przyjęcia Boga, który tak nas ukochał, że stał się jednym z nas. Podobnie jak dzieciątko Jezus, Bóg jest bardzo delikatny, łatwy do zranienia, podobnie jak dzieciątko Jezus pragnie czułości i naszej miłości.
Jednym słowem Narodzenie Jezusa jest wezwaniem Boga, jest Jego prośbą o naszą miłość.
Jaka jest nasza odpowiedź?
Jeżeli w bożonarodzeniowej historii usłyszymy Słowo Boga, i jeśli przyjmiemy Jego zaproszenie, to możemy być pewni, że nasze życie ulegnie całkowitej przemianie. Jezus stanie się światłem, które oświeci nasze ciemności i pewnie poprowadzi nas ku pełni życia.
Jeśli w historii bożonarodzeniowej nie usłyszymy Słowa Boga, lub co gorsza, jeżeli świadomie odrzucimy lub zlekceważymy zaproszenie Boga, to może świętowanie Bożego Narodzenia pozwoli nam zakosztować nieco pokoju, nadziei i radości, jednak to przeżycie szybko minie i nie dokona w naszym życie żadnych trwałych zmian.
Módlmy się o to, aby jak najwięcej ludzi usłyszało zaproszenie Boga i je przyjęło, aby ich ciemności zostały rozproszone, a oni sami stali się światłem dla innych ludzi.

3 NIEDZIELA ADWENTU

Na pytanie o to, „co mamy robić?” , Jan Chrzciciel oraz Jezus Chrystus udzielali podobnej odpowiedzi. Odpowiedź tę można streścić w dwóch nakazach. Jeden to: „nie czyń zła!”. Natomiast drugi nakaz to, „czyń dobro!” Albo innymi słowami: „nie krzywdź drugiego człowieka!” „Pomagaj drugiemu człowiekowi!”

Pomimo tego powierzchownego podobieństwa, istota nauki Jezusa znacznie rożni się od nauki Jana. Tą różnicę można dostrzec w motywacji unikania zła oraz w motywacji czynienia dobra.

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje, że Jan Chrzciciel był przekonany, że nadchodzący Mesjasz będzie przede wszystkim Sprawiedliwym Sędzią. Według nauki Jana, Mesjasz oddzieli ludzi czyniących dobro od ludzi czyniących zło. Dobrych wynagrodzi. Natomiast złych ukarze. Celem nawrócenia, do którego nawoływał Jan Chrzciciel było uniknięcie kary i uzyskanie nagrodę. Wynika stąd, że dla Jana głównym motywem nawrócenia był lęk przed możliwą karą, ewentualnie pragnienie zdobycia nagrody.

Oczywiście jest lepiej nawrócić się kierując się lękiem przed karą, czy też chęcią uzyskania nagrody, niż trwać w grzechu i kontynuować krzywdzenie innych ludzi. Jednak, jako chrześcijanie powinniśmy zdawać sobie sprawę z ograniczeń nawrócenia opartego na takich motywacjach.

Człowiek, który nawraca się z lęku przed karą lub też dla uzyskania jakiejś nagrody, niezależnie od tego czy jest tego świadomy, czy też nie, ciągle kalkuluje to, czy opłaca mu się rezygnować z grzesznych czynów, na które ma ochotę, oraz to czy opłaca mu się czynić dobro.

Człowiek taki może zastanawiać się nad tym, czy to, co chce zrobić jest już grzechem, czy jeszcze nie jest grzechem. A jeżeli jest grzechem, to jaka ewentualnie może go spotkać kara za ten grzech. Czy przypadkiem cierpienie, jakie wynika z rezygnacji z grzechu nie jest większe od cierpienia wynikającego z ewentualnej kary? Czy przyjemność związana z ewentualną nagrodą jest na pewno większa, niż przyjemność, jaka wynikłaby z popełnienia grzechu?

Człowiek taki do końca nie jest pewny tego, czy jego kalkulacje są poprawne. Dlatego też, ciągle jest niespokojny. Jest pełen wątpliwości i niepokoju. Niezależnie od tego, czy grzeszy, czy też nie, nie doznaje spokoju, ani z radości z życia.

Poza tym, jeżeli po popełnieniu grzechu nie doświadczy spodziewanej kary, lub też po rezygnacji z grzechu, czy też po uczynieniu jakiegoś dobra nie doświadczy oczekiwanej nagrody, może całkowicie utracić motywacje unikania grzechu i czynienia dobra. Jego nawrócenie będzie bardzo krótkotrwałe. Szybko powróci do poprzedniego sposobu życia.

Jezus Chrystus nie lekceważył strasznych konsekwencjach grzechu. Pouczał, że człowiek, który popełnia grzech staje się jego niewolnikiem, a jeżeli nie nawróci się, to zostanie całkowitym zniszczony przez grzech. Jednak Jezus wiedział bardzo dobrze, że lęk przed konsekwencją grzechu nie jest wystarczającą siłą do tego, aby nawrócenie człowieka było trwałe. Aby do końca życia mógł żył zgodnie z wolą Boga.

Aby doprowadzić człowieka do życia zgodnego z wolą Boga, Jezus przede wszystkim nauczał o miłości Boga oraz ukazywał tą miłość poprzez czynienie dobra zarówno dla tych, którzy byli sprawiedliwi, jak i tych, którzy wiedli grzeszne życie, Poprzez ukazywanie bezwarunkowej miłości Boga, Jezus pragnął wzniecić w sercach ludzi wdzięczność oraz miłość do Boga. Jezus czynił tak, ponieważ wiedział, że człowiek, który pokocha Boga, stara się unikać zła, oraz czynić dobro, nie w tym celu, aby uniknąć jakiejś kary, czy też po to, aby zdobyć jakąś nagrodę, ale w tym celu, aby wyrazić swoją wdzięczność za dar bezwarunkowej miłości Boga, aby odpowiedzieć miłością na tą Miłość.

Ponieważ takie nawrócenie nie jest próbą zdobycia czegokolwiek, ale jest owocem doświadczenia miłości Boga, człowiek taki zostaje wyzwolony z przeróżnych lęków, obaw i wątpliwości, zostaje napełniony radością i pokojem. Ponieważ człowiek, który w ten sposób odpowiedziała na miłość Boga, coraz pełniej doświadcza Jego miłości, jego nawrócenie ciągle pogłębia się i prowadzi do pełnego uczestnictwa w miłości Boga, prowadzi do jedności człowieka z Bogiem.

 

Módlmy się o to, abyśmy potrafili dostrzec znaki bezwarunkowej miłości Boga w naszym życiu, tak aby, nasza wiara w miłość Boga, stała się dla nas źródłem wdzięczności, jak również źródłem siły potrzebnej do tego, abyśmy życiem zgodnym z wolą Boga wyrażali naszą wdzięczność oraz miłość do Boga, i sami stali się znakami miłości Boga dla innych ludzi.

Pierwsza Niedziela Adwentu

Okres Adwentu jest czasem przygotowania do świętowania pamiątki narodzenia Jezusa Chrystusa. Adwent jest także czasem, w którym w szczególny sposób uświadamiamy sobie obietnicę Jezusa Jego powtórnego nadejścia w widzialnej postaci w raz, z którym zakończy swoje istnienie świat w swoje obecnej postaci.

Narodzenie Jezusa wspominamy w tym celu, aby wzmocnić nasze przekonanie o tym, że Bóg nas kocha. Powtórne przyjście Jezusa wspominamy w tym celu, aby odnowić naszą nadzieję, jaką wiążemy z tym nadejściem, oraz na nowo uświadomić sobie potrzebę przygotowania do nadejścia Jezusa.

Przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia jest stosunkowo proste. Wystarczy przyozdobić choinkę, rozwiesić światełka, kupić prezent. Można też przygotować się także duchowo poprzez odbycie rekolekcji, czy też przyjęcie sakramentu pojednania.

Jednak przygotowanie do ponownego nadejścia Jezusa, a tym bardziej przygotowanie do końca świata może wydawać się czymś bardzo abstrakcyjnym, ponieważ nie wiemy, kiedy to nastąpi, i czy w ogóle to nastąpi podczas naszego przebywania na tej Ziemi.

Jednak myślę, że możemy powiedzieć, że śmierć każdego z nas jest naszym osobistym końcem świata. Będzie to także moment, w którym spotkamy Jezusa bezpośrednio, twarzą w twarz. Dlatego też, zamiast przygotowania do ponownego nadejścia Jezusa, czy też przygotowania do nadejścia końca świata, można wykorzystać ten czas Adwentu na przygotowanie do własnej śmierci, oraz do spotkania z Jezusem twarzą w twarz, które dokona się w tym momencie.

Z całą pewnością, myślenie o własnej śmierci nie jest proste. Każdy człowiek może posiadać odmienne powody, ale myślę, że główną przyczyną, z powodu której myślenie o własnej śmierci jest trudne, jest lęk przed śmiercią.

Istnieją ludzie, którzy usiłują wmówić sobie oraz innym, że śmierć jest czymś pięknym, i że nie należy się jej bać. Jednak myśląc realistycznie, musimy uznać, że śmierć jest czymś strasznym. Śmierć odbiera człowiekowi to wszystko, co zgromadził soją ciężką pracą. Śmierć odbiera nam ukochane osoby. Ostatecznie śmierć odbiera samo życie i niszczy człowieka. W tym sensie śmierć jest momentem największej porażki człowieka. Jest momentem, który wszelkie wysiłki człowieka czyni całkowicie bezsensowne.

Jednocześnie nikt nie jest w stanie uciec przed śmiercią. Niezależnie od tego jak zdrowy jest człowiek, niezależnie od tego, jak wielką władzę, czy też majątek posiada człowiek, z całą pewnością umrze. Niezależnie od tego, jak bardzo rozwinie się nauka oraz technika, ludzi będą umierać.

Z tego powodu fakt, że ludzi boją się śmierci, czy też, ze w sercu wielu ludzi skrywa się rozpacz, wcale nie zadziwia. Nie zadziwia także fakt, że wielu ludzi tłumi w sobie świadomość nieuniknionej śmierci, stara się żyć tak jakby śmierci nie było, stara się żyć w ten sposób, aby doświadczyć w tym życiu jak najwięcej przyjemności.

Człowiek, który żyje tak, jakby śmierci nie było, nie żyje w realnym świecie, ale w wytworzonej przez siebie iluzji. Bez rzeczywistego rozwiązania problemu śmierci, człowiek jest zniewolony przez lęk, nie jest w stanie doświadczyć prawdziwej radości, ani pokoju, nie jest w stanie naprawdę kochać drugiej osoby, ani siebie samego. Jednym słowem, nie może żyć naprawdę po ludzku, nie może być szczęśliwy.

Ewangelia ukazuje, że także Jezus lękał się cierpienia oraz śmierci. Jednak Jezus nie był zniewolony przez ten lęk. Jezus był wolnym człowiekiem pomimo naturalnego odczuwania lęku przed śmiercią, ponieważ uznawał miłość Boga za swój największy skarb.

Jezus nie tylko wiedział, że człowiek został stworzony w tym celu, aby żyć w miłości Boga, ale także był przekonany, że miłość Boga jest mocniejsza od cierpienia, jest mocniejsza od wszelkiego zła, jest mocniejsza nawet od śmierci.

Ponieważ Jezus kochał Boga Ojca i wierzył w moc Jego miłości, mógł żyć zgodnie z pragnieniem Boga Ojca, Stwórcy człowieka, a jednocześnie zgodnie z najgłębszym pragnieniem człowieka, czyli mógł żyć w miłość w każdej sytuacji, także w olbrzymim cierpieniu, a nawet w obliczu śmierci.

W prawdzie Jezus został zabity z tego powodu, że był wierny miłości, to jednak ta śmierć nie była końcem życia Jezusa.  Trzeciego dnia Bóg wskrzesił Jezusa.

Zmartwychwstanie Jezusa ukazuje, że zgodnie z przekonaniem Jezusa, BOŻA MIŁOŚĆ rzeczywiście jest mocniejsza od cierpienia, jest mocniejsza od wszelkiego zła, jest mocniejsza nawet od śmierci.

Jezus nie tylko zmartwychwstał, ale także obiecał, że każdy, kto w Niego uwierzy, także zmartwychwstanie, i podobnie jak Jezus będzie żył na wieki w miłości Boga.

Ta obietnica Jezusa jest dla nas źródłem nadziei mocniejszej od śmierci. Nadzieja ta wyzwala nas z lęku przed śmiercią. Ta nadzieja wyzwala nas spod panowania śmierci.

Z całą pewnością, podobnie jak wszyscy inni ludzie my także w momencie śmierci stracimy wszystkie dobra materialne, które nagromadzimy. Jednak możemy być pewni, że nawet śmierć nie jest w stanie oderwać nas ani od miłości Chrystusa, ani od miłości innych ludzi.

Z całą pewnością śmierć zniszczy nasze ciała. Jednak nie będzie ona w stanie zniszczyć miłości, która jest w naszym sercu.

Dzięki nadziei, jaką daje nam Jezus, możemy żyć zgodnie z naszym najgłębszym pragnieniem, czyli możemy żyć w miłości. Życie w miłości jest nie tylko najpełniejszymi najpiękniejszym życiem ludzkim, ale jest także najlepszym sposobem na przygotowanie się na własną śmierć. Jest najlepszym sposobem na przygotowanie się na spotkanie z Jezusem twarzą w twarz.

Módlmy się o to, abyśmy dzięki nadziei, którą daje nam Jezus, podobnie jak Jezus, mogli kroczyć drogą miłości i w ten sposób przygotowali się na spotkanie z Jezusem i przez całą wieczność żyli w miłości Boga razem z tymi wszystkimi, których kochamy.