PIERWSZA NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU  (Rok B)

Bóg Stwórca wszystkiego, co istnieje, stworzył człowieka, na swój obraz i swoje podobieństwo. Uczynił to w tym celu, aby człowiek mógł przyjąć miłość Boga i odpowiedzieć miłością na tą miłość. Bóg pragnął, aby w ten sposób człowiek mógł żyć przez całą wieczność w miłosnej relacji z Bogiem oraz z wszystkimi ludźmi. Życie w miłosnej relacji z Bogiem i innymi ludźmi jest celem naszego życia, jest jednocześnie największym szczęściem człowieka.

Biblia poucza nas, że niestety człowiek nie odpowiedział ma to miłosne zaproszenie Boga. Starał się znaleźć szczęście poza Bogiem, poza Jego miłością. Grzech człowieka stał się początkiem zła, jakie istnieje na ziemi, stał się pierwotną przyczyną wszelkich cierpień człowieka.

Ludzie także dzisiaj starają się znaleźć szczęście poza Bogiem. Usiłują zdobyć szczęście, w którym nie ma miejsca na miłość. Na co dzień możemy doświadczyć skutków takiego działania. Kłótnie, zawiść, dyskryminacja, przemoc domowa, niesprawiedliwość, przestępstwa, wojny, zniszczenie środowiska. Tego rodzaju zło jest skutki działalności człowieka, który wbrew planowi Stworzyciela usiłuje zdobyć szczęście poza Bogiem.

Dzisiejsze czytania pokazują nam, że pomimo grzechu człowieka, Bóg ciągle kocha wszystkich ludzi i wszystkim obiecuje swą wieczną miłość oraz wierność. Nie zrezygnował ze swojego pierwotnego planu, ale posłał do nas swojego Jednorodzonego Syna, aby ten plan zrealizować.

W dzisiejszej Ewangelii usłyszeliśmy wołanie Jezusa: «Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» Królestwo Boże, o którym mówi Jezus, jest właśnie tą miłosną relacją między Bogiem i człowiekiem.

W Jezusie Chrystusie Bóg stał się człowiekiem i sam osobiście zbliżył się do człowieka, który odszedł od Boga. Bóg zbliżył się do człowieka, który sam o własnych siłach nie jest w stanie powrócić do Boga. Właśnie z tego powodu, wraz z przyjściem Jezusa, przybliżyło się do nas Królestwo Boga. Innymi słowami, przybliżyła się do nas możliwość miłosnego obcowania z Bogiem.

Ponieważ poprzez swoje życie, a poprzez szczególnie swoją krzyżową śmierć oraz zmartwychwstanie, Jezus doskonale wypełnił Boży plan zbawienia człowieka, życie w miłosnej relacji z Bogiem stało się możliwe dla każdego człowieka. Dzięki temu, że życie w miłosnej relacji z Bogiem stało się możliwe, prawdziwe nawrócenie, czyli zwrócenie się do Boga, pojednanie się z Nim i życie w Jego miłości, także stało się możliwe. Jezus wzywa nas do nawrócenia, właśnie dlatego, że teraz jest ono możliwe.

Niewątpliwie istnieją różne sposoby odpowiedzenia na to wezwanie Jezusa. Jednak tym sposobem, który Jezus Chrystus dał nam osobiście, jest przyjęcie Chrztu. Poprzez przyjęcie chrztu, człowiek wyrzeka się grzechu oraz zła, czyli przyrzeka robić wszystko, co w jego siłach, aby zaprzestać żyć tylko dla siebie i przyjąć Bożą miłość oraz Boże życie, jak również kroczyć za Jezusem, czyli ze wszystkich sił starać się żyć z Jezusem i tak, jak żył Jezus.

Chrzest jest zawarciem przymierza z Bogiem, dzięki któremu stajemy się dziećmi Boga, czyli uczestnikami Królestwa Bożego. Przez chrzest człowiek już teraz uczestniczy w życiu wiecznym, które nie jest niczym innym jak jednością z Bogiem w doskonałej miłości.

Jeżeli chcemy być wierni łasce chrztu świętego, musimy za wsze pamiętać, że człowiek nie przyjmuje tego wspaniałego daru jedynie dla siebie samego. Nie przyjmuje tego daru jedynie po to, aby już teraz cieszyć się przyjaźnią Jezusa i miłością Boga. Przyjmuje go także po to, aby swym życiem ukazywać miłość Boga i wspaniałość Królestwa Bożego, czyli wspaniałość życia w serdecznej relacji z Bogiem tym ludziom, którzy jeszcze nie znają Boga oraz Jego wielkiej miłości. Innymi słowami, przyjmujemy chrzest i stajemy się chrześcijanami po to, aby głosić, że Królestwo Boże jest już wśród nas i wzywać do nawrócenia. Stajemy się chrześcijanami w tym celu, aby przekazywać zaproszenie do życia w miłosnej relacji z Bogiem, jak również po to, aby głosić Ewangelię, czyli radosną nowinę o tym, że dzięki Jezusowi, odpowiedzenie na to zaproszenie jest możliwe.

W ubiegłą środę rozpoczęliśmy okres Wielkiego Postu. Wielki Post jest szczególnym czasem nawrócenia. Wielki Post jest czasem refleksji, nad kierunkiem, w jakim podąża nasze życie, jest czasem korygowania tego kursu lub ponownego nakierowania naszego życia na Boga.

Może warto w tym czasie zastanowić się nad tym, czy jesteśmy wierni tej wielkiej łasce, jaką otrzymaliśmy poprzez przyjęcie chrztu świętego. Czy jesteśmy wierni obietnicy, jaką złożyliśmy na chrzcie? Czy rzeczywiście kroczymy za Jezusem? Czy staramy się żyć jak podczas swojego ziemskiego życia żył Jezus? Czy swoim życiem objawiamy wspaniałość Królestwa Bożego? Czy przekazujemy innym ludziom zaproszenie Boga?

Piąta niedziela zwykła (Rok B)

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam Jezusa uzdrawiającego wszystkich, którzy do Niego przychodzili. Nie było choroby, której nie mógłby uzdrowić. Nikt nie odszedł od Jezusa bez uzyskania upragnionego zdrowia.

Jezus uzdrawia także teraz. Ale nie uzdrawia wszystkich. Można powiedzieć, że częściej nie wysłuchuje próśb o uzdrowienie, niż wysłuchuje.

Dlaczego Jezus nie uzdrawia dzisiaj wszystkich proszących Go o łaskę zdrowia, tak jak czynił to dwa tysiące lat temu? Dlaczego pozwala, aby ludzie czuli się zawiedzeni, a może nawet tracili wiarę w Jego moc lub miłość?

Odpowiedź na te pytania możemy znaleźć w Piśmie Świętym.

Ewangeliści ukazują nam różnorodne postawy, jakie przyjmowali uzdrowieni przez Jezusa ludzie. Byli ludzie, którzy wyrażali swą wdzięczność za dar zdrowia. Byli tacy, którzy po doświadczeniu uzdrowienia stawali się uczniami Jezusa i już do końca życia szli za Jezusem.

Jednak większość ludzi po uzdrowieniu wracała do starego sposobu życia. Ludzie ci nie chcieli mieć nic wspólnego z Jezusem. Byli zainteresowani jedynie Jego mocą, a konkretnie korzyściami, jakie mogli uzyskać dzięki tej mocy. Tą rzeczywistość dobrze ilustruje przypadek, kiedy Jezus uzdrowił 10 trędowatych. Tylko jeden z nich wrócił, aby podziękować. Pozostałych dziewięciu uzdrowionych niewątpliwie ucieszyło się darem, ale nie dostrzegło w nim miłości Dawcy.

Byli też tacy, którzy pomimo odczuwania wdzięczności nie słuchali poleceń Jezusa i swoją postawą utrudniali, a nawet uniemożliwiali Jezusowi realizację Jego planów. Byli nawet tacy, którzy oskarżali Jezusa o uzdrawianie mocą złego ducha.

Jezus nie tylko dobrze znał różne reakcje ludzi, oraz fakt, że wielu ludzi marnuje Jego dar,  ale także dobrze wiedział, że uzdrowieni przez Niego ludzie ponownie mogą zachorować, a kiedyś będą musieli umrzeć. Wiedział, że choroby będą towarzyszyły ludziom, aż do końca świata. Wiedział, że takie cudowne uzdrowienia nie są rozwiązaniem problemu człowieka, ani nie dają człowiekowi pełnego szczęścia.

Niewątpliwie Jezus pragnął, aby ludzie byli zdrowi, ale wiedział, że zdrowie wcale nie jest wystarczającym, ani nawet koniecznym warunkiem szczęśliwego życia na tej ziemi. Człowiek może być całkowicie zdrowy i być nieszczęśliwy. Może być także szczęśliwy, pomimo choroby. W rzeczywistości szczęście człowieka jest uzależnione od jego relacji ze Stwórcą. Kiedy człowiek żyje w prawidłowiej relacji ze Stwórcą, może być szczęśliwy w każdej bez wyjątku sytuacji, nawet wtedy, kiedy z powodu choroby lub innych przyczyn doświadcza cierpienia. A osiągnie pełne szczęście dopiero wtedy, gdy całkowicie zjednoczy się z Bogiem.

Z tego powodu Jezus, który kocha wszystkich ludzi i pragnie pełnego szczęścia dla każdego bez wyjątku człowieka, pragnie doprowadzić każdego człowieka do Boga, pragnie uzdrowić ich relację ze Stwórcą. Aby pociągnąć człowieka do Boga, Jezus przede wszystkim ukazuje Jego wielką Miłość. w rzeczywistości uzdrawianie ludzi było i jest tylko jednym ze sposobów ukazywania miłości Ojca.

Nawet gdyby człowiek, zgodnie z własnym pragnieniem uzyskał łaskę uzdrowienia, istnieje niebezpieczeństwo, że podobnie jak wielu ludzi w Palestynie dwa tysiące lat temu, zmarnuje szansę dostrzeżenia miłości Boga w otrzymanej łasce uzdrowienia, zmarnuje szansę, uzyskania daru uzdrowienia duszy, czyli uzyskania łaski życia w miłosnej relacji z Bogiem.

Jezus zna każdego z nas i dobrze wie, jaki jest najlepszy sposób, aby ukazać nam miłość Boga, aby doprowadzić nas do prawidłowej relacji z Bogiem, a ostatecznie do doskonałej jedności.

Aby rzeczywiście przyjąć ten dar miłosnej jedności z Bogiem, musimy zawsze pamiętać, że ani zdrowie, ani też inne ziemskie dobra, a jedynie Bóg może całkowicie zaspokoić wszelkie pragnienia serca człowieka, że tylko w jedności z Bogiem możemy być całkowicie szczęśliwi.

Musimy także uważać na to, abyśmy nigdy nie uważali spełnienia naszego pragnienia bycia zdrowymi, czy też pragnienia posiadania innego ziemskiego dobra, za konieczny warunek szczęśliwego życia, ale zawsze byli otwarcie na Boga, przyjmowali te dary, które On nam daje i dostrzegali w tych darach Jego miłość.

Dopiero wtedy, gdy poznamy miłość Boga, zaufamy Bogu i będziemy żyli zgodnie z Jego Wolą, nasza relację z Bogiem będzie się pogłębiała i będziemy stopniowo zbliżali się do całkowitej z Nim jedności.

Módlmy się o to, aby jak najwięcej ludzi dostrzegło w darach i działaniu Boga Jego miłość, aby Mu zaufali i żyli zgodnie z Jego Wolą, żyli w Jego miłości i zmierzali do pełnej, miłosnej jedności z Bogiem, do doskonałego i niekończącego się szczęścia.

Czwarta niedziela zwykła (Rok B)

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje fakt, że Jezus w bardzo krótkim czasie zdobył bardzo dużą popularność i zgromadził wokół siebie olbrzymią rzeszę uczniów. Bardzo wielu gromadziło się, aby słuchać nauk Jezusa, czy też uzyskać niezbędną pomoc. Byli tacy, którzy nawet przez kilka dni nie wracali do swoich domów, tylko trwali przy Jezusie Byli nawet ludzie, którzy opuścili swoje domy i ciągle przebywali z Jezusem. Wyglądało to na wielki sukces młodego nauczyciela.

Jednakże nie wszyscy cieszyli się z tego sukcesu. Wraz ze wzrostem popularności Jezusa, wzrastał zawiść władz Izraela. Między innymi z powodu lęku przed utratą własnych przywilejów, władze prześladowały Jezusa, doprowadziły do Jego aresztowania i skazania na śmierć.

Gdy Jezus został pojmany, ludzie, którzy do tej pory szli za Nim, uciekli od Niego. Niektórzy z nich stali się nawet Jego wrogami. Ci sami ludzie, którzy na cześć Jezusa krzyczeli „Hosanna!”, już kilka dni później krzyczeli „na krzyż z nim!” Z olbrzymiej rzeszy uczniów przy Jezusie została tylko Jego Matka Maryja, Apostoł Jan i kilka niewiast.

Dlaczego tak się stało? Dlaczego tak mało ludzi wytrwało przy Jezusie do końca?

Najprawdopodobniej jedną z najważniejszych przyczyn było to, że poza tymi kilkoma osobami, nikt tak naprawdę nie poznał Jezus. Nikt, oprócz tych kilku uczniów, nie pokochał Jezusa.

Jezus posiadła wielką moc  i mądrość. Jego nauka oraz czyny były niezwykłe. Jednak czyny Jezusa, jak również bezpośrednie skutki tych czynów, same w sobie nie były celem Jego działalności. Czyny Jezusa były znakami, które miały objawić fakt, że Jezus jest Synem Boga, który przyszedł na świat, aby obdarować ludzkość miłością Boga, Jego życiem, a ostatecznie Nim samym.

Niestety prawie wszyscy ludzie, którzy kroczyli za Jezusem w okresie Jego popularności, czynili to, ponieważ liczyli korzyści, jakie mogli uzyskać dzięki mocy, którą On posiadał. Ponieważ byli jedynie skoncentrowani na własnych pożądaniach, na zaspakajaniu własnych potrzeb, czy też realizowaniu własnych ambicji, byli zamroczeni swym egoizmem i widzieli jedynie dary, jakie dawał Jezus, ale nie dostrzegali Jego wspaniałości, którą te dary objawiały. Nie dostrzegali prawdziwego pragnienia Dawcy, czyli tego, że pragnie On obdarzyć ich swoją miłością, a ostatecznie samym Sobą.

Gdy Jezus został aresztowany, ludzie, którzy Go nie znali i kroczyli za Nim jedynie ze względu na własne korzyści, doszli do wniosku, że władze są silniejsze od Jezusa. Nabrali przekonania, że trwanie przy Nim nie tylko nie przyniesie im żadnych korzyści, ale jest także niebezpieczne, ponieważ mogło oznaczać gniew władz. Najprawdopodobniej z tego powodu odeszli od Jezusa, a niektórzy z nich stanęli nawet po stronie Jego wrogów, czyli po stronie tych, których uważali za silniejszych.

Maryja oraz tych kilka osób, które wytrwały przy Jezusie do końca, szli za Nim nie dla własnego zysku, ale ze względu na miłość do Jezusa. Szli za Nim przede wszystkim po to, aby Jemu służyć, aby Go wspierać, aby z Nim współpracować, czyli po prostu, aby z Nim żyć. Jezus był dla nich ważniejszy niż wszelkie dary, jakie On dawał, czy też korzyści, jakie mogły ewentualnie być ich udziałem. Ponieważ ludzie ci kierując się miłością do Jezusa, kroczyli za Nim całkowicie bezwarunkowo a co więcej byli gotowi ponieść wszelkie koszty i konsekwencje bycia uczniem i przyjacielem Jezusa, wytrwali przy Nim do końca. Ich miłość umożliwiła im dostrzeżenie w męce oraz śmierci Jezusa pełnię Miłości Boga, pomogła im przyjąć tę Miłość i żyć w Niej.

My wszyscy, którzy jesteśmy tutaj zgromadzeni, pragniemy poznać bliżej Jezusa, pragniemy przybliżyć się do Niego. Samo pragnienie poznania Jezusa, czy też pragnienie kroczenia za Jezusem, świadczy o tym, że Jezus zaprasza nas do siebie, że pragnie nie tylko wspomagać nas w tym ziemskim życiu, ale także obdarzyć nas życiem wiecznym, to jest życiem w miłosnej jedności z Trójjedynym Bogiem i wszystkimi zbawionymi ludźmi, które będzie trwało przez całą wieczność

Jeżeli chcemy przyjąć ten dar życia wiecznego, musimy ciągle poznawać nasze motywacje kroczenia za Jezusem i w miarę potrzeby korygować lub oczyszczać je. W tym celu musimy uważać, abyśmy nie zatrzymywali się na darach, które otrzymujemy od Jezusa, tylko starać się dostrzec w nich miłość Boga. Musimy ciągle pamiętać, że tylko wtedy, kiedy doświadczymy miłość Boga i odpowiemy na tą miłość naszą miłością, będziemy w stanie pokonać wszystkie trudności, iść za Jezusem do samego końca i przygotować się na przyjęcie daru życia wiecznego.

Módlmy się o to, abyśmy podobnie jak Apostołowie, byli w stanie zawsze dostrzegać w naszym życiu Miłości Boga, abyśmy Ją przyjęli, a przez życie wierne tej Miłości, dzielili się Nią z innymi ludźmi.

Święto Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa

Dzisiejsze Święto, jest naszym wyznaniem wiary w to, że rodzina Józefa, Maryi i Jezusa była rodziną doskonałą, że była rodziną, którą każda inna rodzina powinna naśladować.

Jednak w rzeczywistości nie wiemy zbyt dużo o tej Rodzinie. Nie znamy Jej codziennego życia. Czego właściwie możemy nauczyć się od Świętej Rodziny? W czym możemy Ją naśladować?

Z tych nielicznych opisów dotyczących Świętej Rodziny, które możemy znaleźć w Ewangeliach, możemy poznać, że Jej życie nie było łatwe, że już od samego początku Józef, Maria i Jezus napotykali na różne bardzo poważne kłopoty.

  • Niespodziewane poczęcie dziecka przez Maryję groziło zerwaniem zaręczyn Maryi i Józefa.
  • Ponieważ Herod usiłował zabić nowo narodzonego Jezusa, rodzina musiała uciekać z Izraela i przynajmniej przez kilka miesięcy w obcym kraju wiedli życie uchodźców.
  • Najprawdopodobniej Józef zmarł w stosunkowo młodym wieku. Maryja została młodą wdową, a Jezus od wczesnych lat swojego życia musiał zastąpić Józefa i pracować na utrzymanie rodziny.
  • Podczas publicznej działalność Jezusa nie wszyscy członkowie Jego rodziny rozumieli sens tej działalności. Niektórzy członkowie rodziny chcieli wykorzystać popularność Jezus dla własnego zysku. Inni usiłowali powstrzymać Jezusa w celu obrony honoru i dobrego imienia rodziny, ponieważ niektórzy ludzie mówili że Jezus postradał zmysły.
  • Ostatecznie Jezus został oficjalnie uznany za przestępcę i skazany na śmierć. Maryja nie tylko straciła jedynego Syna, ale także w oczach społeczeństwa była uznana za matkę przestępcy, który został ukrzyżowany.

Patrząc się na te problemy, można mieć poważne wątpliwości, co do tego, że Bóg rzeczywiście był z tą Rodziną i rzeczywiście Im błogosławił. Jednak, kiedy przyjrzymy się dokładniej, wątpliwości te znikają.

Problemy świętej Rodziny, pomimo tego, że niewątpliwie były źródłem jej cierpienia, nie zdołały zniszczyć tej Rodziny. Problemy te nie przeszkodziły Jezusowi wzrastać, stopniowo nabierać mocy i napełniać się mądrością oraz miłością ku Bogu oraz ludziom. W tej Rodzinie, która borykała się z różnymi problemami i doświadczała wielu cierpień, Jezus wyrósł na doskonałego człowieka, na człowieka, który był otwarty na potrzeby innych ludzi, który kierował się w swoim życiu jedynie miłością do Boga oraz miłością do ludzi.

Z Ewangelii dowiadujemy się, że dla Maryi sprawą najważniejszą w Jej życiu było wypełnianie woli Bożej. Starała się zawsze poznać i zrozumieć to, co Bóg od Niej pragnie. Jednak przyjmowała wezwanie Boga, nawet wówczas, kiedy do końca nie rozumiała jego sensu. Możemy powiedzieć, że wierzyła i ufała Bogu bardziej niż samej sobie, niż własnej woli, własnym odczuciom, własnemu zrozumieniu.

Józef bardzo kochał Maryję, pragnął jej dobra bardziej niż dobra własnego i był gotowy na poniesienie dla Niej wszelkich ofiar. Jednak mógł przyjąć Maryję z Jej dzieckiem, jak również mógł uratować życia Jezusa, tylko dlatego, że był otwarty na Boże natchnienia. Podobnie jak w życiu Maryi, także w życiu Józefa posłuszeństwo Bogu było sprawą najważniejszą.

Właśnie to zaufanie do Boga, to pragnienie kierowania się Jego wolą, ta gotowość spełnienia każdego pragnienia Boga, a przede wszystkim rzeczywista realizacja woli Boga, było siłą Jezusa, Maryi i Józefa i nadawało ich wzajemnej relacji nadprzyrodzony charakter. Właśnie dzięki Ich otwartości i zaufaniu do Boga, nie tylko byli w stanie pokonać wszelkie trudności, ale także w jakiś tajemniczy sposób napotykane problemy i cierpienia przyczyniały się do pogłębienia Ich wzajemnej więzi, oraz do realizacji zamysłu Bożego wobec Nich.

Módlmy się o to, aby jak najwięcej ludzi, poznało nadprzyrodzony wymiar własnej rodziny, aby poprzez zawierzenie Bogu w każdej sytuacji, poprzez otwartość i pragnienie życia w zgodzie z Jego wolą stały się miejscem działania Jego łaski i realizacji Jego zamysłu, tak aby ciągle Bóg pogłębiał ich miłość oraz ich jedność.

 

IV NIEDZIELA ADWENTU

W tym adwentowym okresie, w liturgii kościelnej bardzo często słychać sformułowanie: „radosne oczekiwanie na Chrystusa.” Z całą pewnością jest to radosny czas, ale muszę wyznać, że dla mnie osobiście przez dwadzieścia parę lat, które spędziłem w Japonii, radość ta łączyła się z pewnym smutkiem.

Mimo że Japonia nie jest krajem chrześcijańskim, a chrześcijanie stanowią zaledwie 1% całej ludności, atmosferę bożonarodzeniową można już odczuć od początku listopada, czyli prawie dwa miesiące przed Świętami. Atmosferę tą tworzą oczywiście wystawy sklepowe, reklamy, różnorodne programy telewizyjne i radiowe. Organizowane są bardzo liczne spotkania, czy też przyjęcia świąteczne. Jest w tym wszystkim jakaś radość i wyczekiwanie na coś wyjątkowego, na coś, co można doświadczyć tylko w tym czasie. Jednak w tym wszystkim nie ma miejsca na Jezusa. A same Święta są nazywane KURISUMASU, z angielskiego Christmas, co nikomu nie kojarzy się, ani z Jezusem Chrystusem, ani tym bardziej z narodzeniem, czy też wcieleniem Boga. Głównym bohaterem tego okresu jest dziadek Santa, który przypomina nieco św. Mikołaja jedynie faktem rozdawania prezentów, oraz swoim ubiorem.

Taki obraz świętowania Bożego Narodzenia jest zrozumiały w przypadku Japonii, ale niestety, odnoszę wrażenie, że także Polska zmierza w podobnym kierunku. Pomimo że 6 grudnia dawno już minął, św. Mikołaj jest ciągle obecny i bardzo często jest głównym motywem dekoracji bożonarodzeniowej. Kolędy mówiące o narodzeniu Jezusa, są wymieszane z piosenkami o św. Mikołaju. W radiu i różnych reklamach można słyszeć o jakiejś abstrakcyjnej „magii Świąt.” Dla wielu ludzi największą atrakcją Świąt są zakupy, dawanie lub otrzymywanie prezentów. Mam wrażenie, że w tym wszystkim jest coraz mniej miejsca dla Jezusa, i coraz więcej ludzi traci świadomość tego, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.

Można być pewnym, że radość tych wszystkich, dla których źródłem tej radości jest jedynie atmosfera tych dni, jest bardzo krótkotrwała i zniknie, wraz ze zniknięciem choinek, światełek, św. Mikołaja, czy też kolęd.

Może warto zastanowić się nad tym, czym Boże Narodzenie jest dla mnie osobiście. Co jest źródłem radości, jaką doświadczam w tym bożonarodzeniowym okresie?

Dzisiejsze czytania mają pomóc nam w tej refleksji, a jednocześnie ukazać nam prawdziwy sens przeżywania tego okresu liturgicznego.

Pierwsze czytanie mówi nam o królu Dawidzie, który chciał uczynić dla Boga coś wielkiego. Chciał wybudować dla Niego wspaniały Przybytek. Możliwe, że w ten sposób chciał wyrazić swą wdzięczność za już otrzymane od Boga dary, ale możliwe, że chciał w ten sposób zatrzymać Boga przy sobie i zapewnić sobie otrzymywanie następnych darów. Jednak Bóg ukazuje Dawidowi, że tylko On sam może uczynić coś wielkiego dla Dawida, że tylko Bóg jest prawdziwym Dawcą. Co więcej, czyni to całkowicie bezinteresownie. To, co Bóg wymaga od Dawida, to przyjęcie tych darów i podzielenie się nimi z innymi ludźmi.

Ewangelia natomiast przedstawia nam Maryję, która ukazuje nam drogę do przyjęcia największego z Bożych Darów, jakim jest Jego własny Syn.

Maryja, która stała się współodkupicielką, właściwie niczego wielkiego dla Boga nie zrobiła. Nie wybudowała żadnej świątyni, kościoła, sierocińca, ani też szpitala. Nie napisała żadnej mądrej książki. Nie założyła żadnej organizacji charytatywnej, czy też apostolskiej. Maryja uczyniła tylko jedno. Całkowicie zawierzyła Bogu i pozwoliła Mu swobodnie działać w sobie, oraz przez siebie. Bóg dokonał całej reszty. Obdarzył Ją swoim Synem. Maryja urodziła i wychowała swojego Syna, a następnie przekazała Go światu. W ten sposób stała się Dawczynią życia Bożego, stała się Matką wszystkich zbawionych, współodkupicielką i pośredniczką łask wszelkich.

Właśnie takiego „fiat”, czyli zgodny na swobodne działanie Boga we własnym życiu wymaga Bóg od każdego z nas, od każdego chrześcijanina, od każdego człowieka.

Wbrew przekonaniu wielu ludzi, wcale nie musimy dokonywać dla Boga wielkich rzeczy. Wszystko, co Bóg od nas wymaga to przyzwolenie na Jego obecność i działanie w naszym życiu. Takie przyzwolenie może wydawać się banalnie prostym, ale to tylko pozór. W rzeczywistości nie chodzi o słowa, ale o gotowość rezygnacji z własnych wyobrażeń, z własnych pragnień i ambicji. Chodzi także o gotowość wypełniania woli Boga w każdym momencie swojego życia, zarówno wtedy, kiedy jest to proste i przyjemne, wtedy, gdy wzbudza w nas radość, jak i wtedy, gdy kosztuje nas to wiele trudu, a nawet wtedy, gdy towarzyszą temu różne cierpienia. Chodzi o prawdziwe i bezwarunkowe zawierzenie Bogu.

Jeżeli wyrazimy zgodę na obecność Boga i Jego działanie w naszym życiu możemy być pewni, że Bóg obdarzy nas swoim Synem, swoim Duchem, że sam zamieszka w naszym wnętrzu. Wówczas podobnie jak Maryja będziemy pełnymi łaski, pełnymi Bożego życia. W konsekwencji tego, podobnie jak Maryja, będziemy mogli obdarzać życiem Boga ludzi, których spotkamy w naszym życiu.

Na podstawie dzisiejszych czytań możemy powiedzieć, że Święta Bożego Narodzenia, powinny przede wszystkim przypominać nam, o największym Darze Boga dla ludzkości, a jednocześnie ukazywać nam drogę, pobudzać nasze pragnienia i dodawać odwagi potrzebnej do przyjęcia tego Daru, jakim jest sam Jezus.

Poprzez Święta Bożego Narodzenia, Bóg wzywa nas do przyjęcia swego Syna, ponieważ pragnie On ubogacić nasze życie, ale także pragnie, abyśmy przekazali Go innym ludziom tak, aby przez nas Jezus dotarł do tych, którzy jeszcze Go nie przyjęli.

Módlmy się o to, aby na wzór Maryi jak najwięcej ludzi przyjęło to zaproszenie, aby Boża miłość, radość i pokój, które ofiaruje On światu, zamieszkały w ich sercach. Módlmy się także o to, aby życie, które przyniósł Jezus, ciągle nas ożywiało, nie tylko w tym okresie, ale przez cały rok, przez całe życie, przez całą wieczność.