Trzydziesta Trzecia Niedziela Zwykła

Czytając dzisiejszą, Ewangelię można odnieść wrażenie, że jesteśmy blisko końca świata, ponieważ w dzisiejszym świecie możemy odnaleźć wszystko, o czym mówi Jezus.

Niestety jest wiele ludzi, którzy wykorzystują tego rodzaju zjawiska, jak również inne cierpienia ludzi w tym celu, aby ich zastraszyć, aby nimi manipulować i ich wykorzystać. Zgodnie z ostrzeżeniem Jezusa musimy uważać na takich fałszywych proroków.

Objawienie godziny nadejścia końca świata nie jest celem dzisiejszej Ewangelii. W rzeczywistości poznanie czasu, kiedy nastąpi koniec świata, jest niemożliwe. Sam Jezus powiedział, że: “Nikt nie zna tego dnia i godziny, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko sam Ojciec” (Mt24, 36). Koniec świata może nastąpić dopiero za pięć tysięcy lat, ale może nastąpi już jutro, albo nawet dzisiaj. Musimy zawsze być czujni i przygotowani na ten moment.

Jaki jest wobec tego cel dzisiejszego czytania? Czego nas naucza?

Dzisiejsza Ewangelia poucza nas przede wszystkim tego, jak żyć w świecie, który przepełniony jest różnorodnymi cierpieniami.

Niezależnie od tego, jakie będziemy wieść życie, nie będziemy w stanie uniknąć cierpienia. Niezależnie od tego, czy będziemy dobrze czynić, czy też nie; niezależnie od tego, czy będziemy wierzyć w Boga, czy też będziemy ateistami lub agnostykami; niezależnie od tego, czy będziemy katolikami, czy też wyznawcami innej religii, cierpienia będą zawsze częścią naszego życia. Będą nam towarzyszyć aż do samego końca, aż do samej śmierci. Warto pamiętać, że cierpienia nie były oszczędzone nawet Jezusowi, który nie tylko nigdy nie uczynił niczego złego, ale był Synem Boga, był wcielonym Bogiem.

Każdy człowiek pragnie żyć szczęśliwie. Wielu ludzi jest przekonanych, że jak długo istnieją cierpienia, tak długo życie szczęśliwe jest niemożliwe. Dla tych ludzi akceptacja tej prawdy o naszej rzeczywistości nie jest łatwa. Wielu ludzi zamiast zaakceptować oczywistą prawdę o naszej rzeczywistości, trwa w przekonaniu, że życie bez cierpienia jest możliwe. Robią to w tym celu, aby obronić swoją nadzieję na osiągnięcie szczęścia.

Ludzie ci stają się łatwymi ofiarami, różnorodnych przywódców religijnych, politycznych, czy też społecznych, którzy obiecują im zbudowanie świata, w którym nie będzie żadnych cierpień. Oczywiście przywódcy ci nie są w stanie spełnić tych obietnic, ale dzięki nim zdobywają władzę nad ludźmi, którzy wierzą w ich kłamstwa.

W przeciwieństwie do tych przywódców Jezus Chrystus jest uczciwy i nigdy nikogo nie oszukuje. Nigdy nie próbuje pozyskać uczniów poprzez powierzchowne pocieszania, czy też nierealistyczne obietnice. Tym, którzy za Nim pójdą, nie obiecuje łatwego życia bez cierpień, czy też życia bez problemów. Nie obiecuje ani bogactwa, ani zdrowia.

To, co Jezus proponuje swoim uczniom, to nie ucieczka od rzeczywistości, w której żyjemy w złudny świat, ale trwanie w takiej rzeczywistości i realizowanie misji, którą On nam dał. Jedyne, co obiecuje to być z nami i stać się naszą siłą, którą potrzebujemy do tego, abyśmy mogli żyć w tym świecie zgodnie z wolą Boga i abyśmy byli w stanie spełnić otrzymaną misję.

Jezus przez całe życie z całych swoich sił pomagał cierpiącym ludziom, walczył z cierpieniem. Jednak, gdy wymagała tego miłość do ludzi, sam przyjął cierpienie. Jezus mógł wieść takie życie i spełnić misję, którą otrzymał od Ojca, ponieważ ufał Bogu i wierzył, że żadne cierpienie, żadne zło, nie jest mocniejsze od Bożej miłości. Zmartwychwstanie Jezusa pokazuje prawdziwość tej wiary.

Jeśli uwierzymy nauce i świadectwu Jezusa i podobnie jak On będziemy w każdej sytuacji zaufać Bogu i wszystko Mu powierzyć, to wtedy stanie się przedziwna rzecz. Nasze serce zostanie napełnione nadzieją, dzięki której będziemy mogli doświadczać radości i pokoju wśród najrozmaitszych trudności i cierpień. Co więcej, otrzymamy moc przemieniania doświadczanego zła w dobro, moc wykorzystywania zła dla dobra własnego oraz dobra innych ludzi.

Właśnie wtedy, gdy nasze serce napełni się tą wielką nadzieją, radością i pokojem, gdy otrzymamy tą wielką moc przemiany zła w dobro, będziemy w stanie wypełnić misję, którą Jezus nam zlecił, czyli misję dawania świadectwa o miłości Boga, która jest mocniejszej niż ludzka nienawiść, mocniejsza niż wojny czy też trzęsienia ziemi, mocniejsza niż śmierć.

Módlmy się o to, abyśmy zawsze ufali Bogu naszemu Ojcu, i abyśmy dzięki Jego mocy wypełnili nasze chrześcijańskie powołanie niezależnie od warunków, w jakich się znajdziemy.

Trzydziesta Pierwsza Niedziela zwykła

Wśród ludzi, których spotkałem w Japonii, było wielu, którzy uważali religię za coś dobrego, jednak byli przekonani, że sami jej nie potrzebują. Według tych ludzi religia jest potrzebna tylko tym, którzy mają różne problemy, ale nie mogą ich sami rozwiązać, czyli nie są w stanie żyć o własnych siłach i dlatego potrzebują jakiegoś wsparcia. Według nich człowiek, który jest zdrowy, który ma pracę, pieniądze, mieszkanie, przyjaciół, który jest w stanie sprostać codziennym kłopotom, nie potrzebują ani religii, ani Boga.

Bardzo możliwe, że występujący w dzisiejszej Ewangelii Zacheusz myślał w podobny sposób. Najprawdopodobniej uważał, że w życiu najważniejsze są pieniądze i władza. Dlatego też żył tak, aby zdobyć ich, jak najwięcej. Wysiłek Zacheusza były skuteczny. Był bogaty, miał władzę.

Wprawdzie był znienawidzony przez wielu, ponieważ swój majątek zdobył kosztem cierpienia innych ludzi, to jednak ludzie lękali się go i nie mieli odwagi, aby ukazać mu swoje prawdziwe uczucia. Najprawdopodobniej było wielu takich, którzy dla jakichś korzyści, ukazywali mu szacunek, czy też nawet udawali przyjaźń. Dlatego też Zacheusz mógł odczuwać, że jest poważany przez ludzi, że ma wielu przyjaciół.

Był zadowolony z siebie. Najprawdopodobniej nie odczuwał żadnej potrzeby, aby prosić Boga o cokolwiek. Był przekonany, że Bóg był mu niepotrzebny.

Jednak coś się zmieniło w sercu Zacheusza, kiedy usłyszał o Jezusie, o tym, jak On żyje i czego naucza. Możliwe, że dzięki temu po raz pierwszy poznał, że możliwy jest inny sposób życia. Najprawdopodobniej ukazywany i nauczany przez Jezusa sposób życia rezonował z jego najgłębszymi pragnieniami, których wcale nie był świadomy. Możemy powiedzieć, że jego uśpione serce zaczęło się powoli przebudzać.

Pragnienie, jakie uświadomił sobie Zacheusz, było bardzo proste „chcę zobaczyć, jak wygląda Jezus”. To pragnienie było czymś więcej niż zwykła ciekawość. Gdyby pragnienie zobaczenia Jezusa było zwykłą ciekawością, to najprawdopodobniej Zacheusz zrezygnowałby z próby jej zaspokojenia, kiedy napotkał przeszkodę. Jednak Zacheusz nie zrezygnował i w celu spełnienia tego pragnienia, wszedł na drzewo. Niewątpliwie zdawał sobie sprawę, że naraża się na drwiny ludzi. Jednak w celu zobaczenia Jezusa był w stanie porzucić swoją dumę. Najprawdopodobniej chciał nie tylko zobaczyć, jak Jezus wygląda, ale poznać Go bliżej, chciał spotkać Go osobiście. Jego pragnienie zostało spełnione w sposób, jaki nie mógł oczekiwać, ani nawet wyobrazić sobie.

Jezus jakby w odpowiedzi na pragnienie Zacheusza podszedł do niego, zawołał go po imieniu i wyraził chęć bycia z nim, czyli zwrócił się do niego, jak do najserdeczniejszego przyjaciela. Jezus nie stawiał przy tym żadnych warunków. Ani nie wzywał go do nawrócenia, ani do uczynienia czegoś dla Jezusa. Jezus nie miał żadnej korzyści z bycia z nim, tracił jedynie swoją dobrą reputację.

W przeciwieństwie do innych ludzi Jezus nie potraktował Zacheusza, jako okrutnego, budzącego lęk grzesznika. Nie potraktował go, jako bogacza, którego można wykorzystać dla jakiegoś zysku. Dostrzegł w nim godnego miłości człowieka.

Przez spotkanie z Jezusem Zacheusz odkrył nieznany mu do tej pory świat. Był to świat bezwarunkowej miłości. Do tej pory doświadczał jedynie miłości warunkowej, czyli takiej, którą można kupić za pieniądze, czy też zdobyć poprzez spełnianie oczekiwań innych ludzi. Jednak ani ta fałszywa miłość, ani żadna inna rzecz, którą Zacheusz zdobył w swoim życiu, nie była w stanie zaspokoić pragnienia jego serca. Uczyniła to dopiero miłość, którą doświadczył w spotkaniu z Jezusem.

Zacheusz od razu zrozumiał, że choć tego nie zauważał wcześniej, jego serce zawsze pragnęło takiej miłości. Poczuł, że na tę miłość nie może odpowiedzieć inaczej, jak kochając tak, jak kochał Jezus.

Było to nawrócenie, którego pragnie Bóg. Było to nawrócenie, które nie jest warunkiem uzyskania miłości Boga, ale jest owocem doświadczenia Bożej miłości. Było to nawrócenie, które nie jest warunkiem uzyskania zbawienia, ale jest zbawieniem. Nawrócenie to jest Darem Boga. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że jest to Dar, którym Bóg pragnie obdarzyć wszystkich ludzi.

Dziękując Bogu Ojcu za Jego bezwarunkową miłość do każdego z nas, módlmy się o to, abyśmy podobnie jak Zacheusz dostrzegali wyrazy Bożej miłości w naszym codziennym życiu, tak abyśmy nabrali mocnego przekonania, że jesteśmy bezwarunkowo kochani przez Boga.

Módlmy się także o to, abyśmy przyjęli Miłość Boga i odpowiadali na nią poprzez życie tą miłością i dzielenie się nią z innymi ludźmi

Trzydziesta Niedziela zwykła

Już w bardzo wczesnych latach naszego życia uczymy się różnych sposobów zaspokajania naszych pragnień. Jednym z najpowszechniejszych sposobów uzyskania tego, co pragniemy, jest spełnianie oczekiwań innych ludzi.

Jeżeli spojrzymy na nasze dotychczasowe życie, to najprawdopodobniej zauważymy, że w celu uzyskania jakiejś konkretnej rzeczy, dobrych ocen, zdobycia przyjaciół, pracy, uznania, szacunku, władzy itd. od dzieciństwa staraliśmy się spełniać oczekiwania rodziców, rodzeństwa, nauczycieli, przełożonych w pracy, i wielu innych osób.

Dla wielu ludzi taki sposób zaspokajania własnych pragnień jest oczywisty. Są oni przekonani, że nie stanowi on żadnego problemu. Myślą nawet, że otrzymają od Boga upragnioną pomoc, czy też błogosławieństwo, jeżeli spełnią Jego oczekiwania.

Przypowieść Jezusa o faryzeuszu oraz celniku, może bardzo zaskoczyć tych ludzi. Zgodnie z przekonaniem tych ludzi, Bóg powinien wysłuchać modlitwę faryzeusza, ponieważ w każdym aspekcie życie starał się on spełniać wyrażone w Prawie oczekiwania Boga. Natomiast, celnik, który łamiąc Prawo nie tylko nie spełniał oczekiwania Boga, ale także sprzeciwiał się tym oczekiwaniom, nie powinien być wysłuchany. Jednak Jezus powiedział, że stało się odwrotnie. Wysłuchany został celnik, a nie faryzeusz.

Dlaczego Bóg nie wysłuchał modlitwy faryzeusza, który żył zgodnie z danym przez Boga Prawem? Dlaczego wysłuchał modlitwy grzesznego celnika?

Jezus poucza nas, że dla Boga nie jest ważna przeszłość człowieka, ale to, jakim człowiekiem jest on w danej chwili. Ważne jest nie tyle to, jak człowiek żył w przeszłości, ale to, kim stał się przez to, jak żył.

W prawdzie faryzeusz przestrzegał Prawa, to jednak był przekonany, że jest to rezultat jego własnego wysiłku. Był przekonany, że ze względu na swój sposób życia jest godny stać przed Bogiem i ma prawo otrzymać Jego błogosławieństwo. Faryzeusz nie pragnął miłosierdzia Boga. Domagał się zapłaty za swoją sprawiedliwość. Co więcej, dla wzmocnienia przekonania o własnej sprawiedliwości, dyskryminował innego człowieka i stawiał się ponad nim.

Natomiast Celnik, był w stanie uczciwie uznać swoją grzeszność, był w stanie uznać, że nie jest godny stać w obliczu Boga i nie ma prawa domagać się czegokolwiek od Niego. Jeżeli mimo wszystko przyszedł do Świątyni, to tylko dlatego, że liczył na Jego miłosierdzie.

Musimy uważać, aby z przypowieści o faryzeuszu i celniku nie wyciągnąć błędnego wniosku, a mianowicie takiego, że grzeszne życie jest pewniejszą drogą do Boga, niż życie zgodne z Bożymi przykazaniami.

Człowiek, który grzeszy stopniowo staje się niewrażliwy na grzech. Odróżnianie dobra od zła staje się dla niego coraz trudniejsze i dokonuje coraz to większego zła, z coraz to większą łatwością. W konsekwencji tego traci swoją wolność i staje się niewolnikiem grzechu. Dlatego też człowiek, który wszedł na drogę grzechu, zmierza bezpośrednio do samozniszczenia.

Na szczęście Bóg nie opuszcza grzeszącego człowieka, ale obdarowuje go jeszcze większym miłosierdziem. Jeżeli człowiek otworzy się na miłosierdzie Boga, to nawet jego grzech, może zostać przemieniony na wielką łaskę.

W prawdzie miłosierdzie Boga dla grzesznika jest czymś całkowicie pewnym, to jednak przyjęcie tego miłosierdzia przez grzesznika wcale nie jest pewne. Dlatego też wyjście na drogę grzechu jest wielkim ryzykiem. Jest ryzykowaniem utraty życia wiecznego.

Najlepszą drogą do Boga nie jest życie w grzechu, ale życie zgodne z wolą Boga, czyli wierne kroczenie za Jezusem i spełnianie misji, którą On nas obdarzył.

Jednak na tej drodze musimy uważać, aby nie popełnić tego samego błędu, jaki popełnił faryzeusz, czyli musimy uważać, aby popaść w pychę i nie wywyższać się ponad innych ludzi. W tym celu musimy zawsze być świadomi tego, że samo poznanie tej drogi prowadzącej do życia wiecznego, jak również kroczenie tą drogą jest wielką łaską Boga, jest darmowym darem Jego miłości. Jeżeli będziemy zawsze świadomi swojej grzeszności jak również miłosiernej miłości Boga, to życie zgodne z wolą Boga nigdy nie będzie przyczyną naszej pychy, ale będzie wzbudzało w nas pokorę oraz wdzięczność.

Módlmy się o to, abyśmy zawsze byli w stanie uznać swoją grzeszność, oraz o to, abyśmy zawsze byli otwarci na miłosierdzie Boga, tak abyśmy byli w stanie kroczyć drogą, którą On dla nas przygotował i własnym życiem ukazywać innym ludziom Jego miłosierną miłość.

Dwudziesta Dziewiąta Niedziela zwykła

Kilka lat temu pewna chrześcijanka zadała mi następujące pytanie. “Proszę księdza, mam wystarczająco dużo pieniędzy, jestem zdrowa, poza tym nie mam większych problemów. Do czego właściwie potrzebny jest mi Bóg?”

Niestety wątpliwość tę usłyszałem z ust chrześcijanki, ale niewątpliwie w ten sam sposób myśli wielu ludzi, szczególnie ci, którzy nie znają Boga.

Ludzie, którzy nie znają Boga, są przekonani, że jest On kimś lub czymś, mocniejszym od człowieka i w razie potrzeby może nam pomóc. Wtedy, gdy o własnych siłach nie mogą zrealizować swoich pragnień lub kiedy napotkają na problemy, które przerastają ich siły, zwracają się do tego Boga i za pomocą modlitw, ofiar, obietnic i innych środków starają się uzyskać Jego pomoc.

Jeśli jednak sami są w stanie uzyskać to, co uważają za potrzebne, jeśli sami są w stanie zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa i stabilności, wtedy myślą, że nie potrzebują Boga. Bardzo często stają się podobni do niesprawiedliwego sędziego z dzisiejszej Ewangelii, są przekonani, że nie potrzebują ani Boga ani ludzi, i nie szanują nikogo.

Czy pomocy Boga powinni wzywać tylko ci, którzy są tak słabi i bezbronni jak wdowa?

Czy mocni ludzie nie potrzebują modlić się?

Zanim odpowiemy na te pytania powinniśmy odpowiedzieć sobie na inne.

Czy istnieją naprawdę mocni ludzie, czyli tacy, którzy własnymi siłami potrafią zaspokoić wszystkie swoje potrzeby, tacy, którzy są w stanie rozwiązać wszystkie problemy, którzy są w stanie własnym wysiłkiem osiągnąć szczęście?

Najprawdopodobniej istnieją ludzi, którzy uważają się za mocnych, którzy są przekonani, że nikogo nie potrzebują. Jednak w rzeczywistości, jako stworzenia jesteśmy wszyscy całkowicie uzależnieni od Boga naszego Stwórcy. Poczynając od własnego życia, wszystko, co posiadamy zawdzięczamy Bogu. Bez pomocy Boga, nikt nie jest w stanie zaspokoić wszystkich swoich potrzeb, nikt nie jest w stanie osiągnąć szczęścia. W tym sensie każdy człowiek jest słaby i potrzebuje pomocy Boga.

Czy zatem modlitwa, do której wzywa nas Jezus, służy tylko do uzyskania pomocy Boga? Czy możemy ograniczyć funkcję Boga jedynie do wysłuchiwania naszych modlitw?

Zgodnie z nauką Jezusa, Bóg kocha wszystkich i troszczy się o wszystkich jednakowo. Błogosławi sprawiedliwym i niesprawiedliwym. Pomaga zarówno ludziom, którzy podobnie do  ubogiej wdowy uznają swoją słabość i proszą Boga o Jego pomoc, jak i ludziom, którzy tak samo jak niesprawiedliwy sędzia nie uznają rzeczywistości i nigdy się nie modlą. Bóg pragnie zaspokoić potrzeby wszystkich bez wyjątku ludzi.

Po co więc człowiek ma się modlić? W jakim celu mamy modlić się nieustannie?

Bóg, który nas kocha nie tylko pragnie nam pomóc i zaspokoić nasze potrzeby, ale przede wszystkim pragnie żyć w miłosnej relacji z każdym z nas, pragnie, abyśmy nie tylko przyjęli Jego dary i Jego pomoc, ale przede wszystkim, abyśmy przyjęli samego Boga oraz abyśmy ofiarowali Mu naszą własną miłość, abyśmy ofiarowali Mu nas samych.

Człowiek zostaje chrześcijaninem nie w tym celu, aby uzyskać jakąś szczególną opiekę, czy też pomoc Boga, ale w tym celu, aby odpowiedzieć na pragnienie Boga, czyli w tym celu, aby przyjąć Dawcę wszelkiego dobra, i aby odpowiedzieć swoją miłością na Jego miłość, aby ofiarować Bogu siebie samego.

Dlatego właśnie dla chrześcijanina modlitwa nie jest środkiem do osiągania własnych celów, ale jest miłosnymi obcowaniem z Bogiem. Oczywiście w tej modlitwie jest miejsce na wyrażanie własnych potrzeb, obaw, nadziei itd. Jednak dla chrześcijanina najważniejszym jest pragnienie Królestwa Bożego, czyli pragnienie zjednoczenia z Bogiem. To zjednoczenie jest nie tylko największym pragnieniem Boga, ale także stanem zaspokojenia wszelkich potrzeb człowieka, jest stanem doskonałego szczęścia człowieka, jest celem życia człowieka.

Módlmy się o to, abyśmy w odpowiedzi na wezwanie Jezusa, modlili się wytrwale i ciągle pogłębiali naszą jedność z Bogiem.

Módlmy się także o to, abyśmy poprzez dzielenie się z innymi ludźmi darami, które otrzymaliśmy od Boga, objawiali Jego bezwarunkową miłość do wszystkich ludzi i przekazywali im zaproszenie Boga do miłosnego zjednoczenia.

Dwudziesta ósma niedziela zwykła.

Myślę, że niezależnie od tego, w jakim kraju urodziliśmy się, już od najmłodszych lat byliśmy uczeni dziękować ludziom, którzy zrobili dla nas coś dobrego. Sami także naturalnie oczekujemy wdzięczności od ludzi, jeśli oddamy im jakąś przysługę.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus ujawnia nam, że On także spodziewał się wdzięczności od ludzi, których uleczył. Co więcej zgodnie z nauczaniem świętego Pawła,(1Tes5,18) sam Bóg oczekuje naszej wdzięczności za to, co dla nas czyni.
Pomimo tego, że podobnie jak człowiek, także Bóg pragnie naszej wdzięczności, pragnienia te nie są takie same.
Wielu ludzi oczekuje wdzięczności innych ludzi, ponieważ wdzięczność tą uważa za wyraz docenienia własnego wysiłku. Wdzięczność innych ludzi może być także uznana za wyraz akceptacji własnego działania, a nawet za wyraz akceptacji własnej osoby, za bycie uznanym za dobrego człowieka. Wdzięczność innych ludzi, może stać się nawet siłą do dalszych wysiłków w celu pomocy tym ludziom.
Niestety, dla bardzo wielu ludzi uzyskanie wdzięczności innych ludzi jest ważniejsze niż sama pomoc tym ludziom. Możemy nawet powiedzieć, że pomoc ludziom jest tylko środkiem do uzyskanie ich wdzięczności, do uzyskania akceptacja własnego działania oraz własnej osoby. Taka motywacja staje się widoczna, kiedy człowiek rezygnuje z pomagania innym ludziom, z powodu braku znaków wdzięczności tych ludzi.
Na podstawie takiego doświadczenia wielu ludzi kształtuje swój obraz Boga. Ludzie ci są przekonani, że Bóg pragnie naszej wdzięczności, jako formy zapłaty za Jego dary. Co więcej są przekonani, że jeżeli człowiek nie wyrazi swojej wdzięczności, to Bóg przestanie pomagać człowiekowi, przestanie udzielać mu swoich łask.
Ale czy tak jest naprawdę? Czy rzeczywiście pragnąc naszej wdzięczności Bóg kieruje się podobnymi motywacjami?
W dzisiejszym drugim czytaniu znajdujemy następujące słowa: „Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego.”
Z całą pewnością Bóg pragnie od nas wdzięczności, ale nie czyni jej warunkiem swojej łaskawości. Bóg kocha nas bezwarunkowo i będzie nas kochał, będzie nam pomagał nawet wtedy, kiedy nie będziemy doceniać Jego działania. Nawet wtedy, kiedy nie będziemy okazywali Mu naszej wdzięczności.
Dlaczego więc Bóg pragnie naszej wdzięczności?
Szczere poczucie wdzięczności wynika z tego, że w czynie drugiej osoby dostrzegliśmy dobroć, na którą nie zasługujemy. Dostrzegliśmy pewne dobro, które nie było ani naszym prawem, ani obowiązkiem tej osoby. Innymi słowami, dostrzegliśmy bezinteresowną miłość tej osoby wobec nas samych.
Poprzez pragnie naszej wdzięczności Bóg wyraża inne pragnienie. Jest to pragnienie tego, abyśmy w Jego działaniu dostrzegli Jego miłość do nas.
Bóg, który nas kocha, ostatecznie pragnie dać nam Siebie Samego. Bóg pragnie dać nam Samego Siebie, ponieważ tylko wtedy, kiedy przyjmiemy Boga i ofiarujemy Mu siebie samych, będziemy mogli zjednoczyć się z Bogiem, będziemy mogli osiągnąć cel naszego życia i stać w pełni szczęśliwi.
Jednak, jeśli nie poznamy miłości Boga i nie pokochamy Go bardziej niż Jego dary, nie będziemy w stanie ani przyjąć Boga, ani ofiarować Mu siebie samych, czyli nie będziemy w stanie zjednoczyć się z Bogiem.
W rzeczywistości Bóg ciągle nam pomaga i obdarowują nas niezliczonymi darami nie tylko po to, aby zaspokoić nasze doraźne potrzeby, ale przede wszystkim po to, abyśmy w tych darach dostrzegli miłość Dawcy, abyśmy ukochali Go, zapragnęli przebywać z Nim oraz zapragnęli zjednoczyć się z Nim.
Dziewięciu uzdrowionych Żydów z całą pewnością ucieszyło się z otrzymanego daru zdrowia. Może pobiegli do swoich rodzin i znajomych, aby podzielić się swoją radością. Jednak brak ich wdzięczności wobec Jezusa ukazuje, że w otrzymanym darze nie zauważyli miłości Jezusa, nie zauważyli miłości Boga. Dlatego też możemy powiedzieć, że stracili szansę poznania Boga, stracili szansę przyjęcia daru, który Jest w stanie zaspokoić pragnienia serca człowieka. Stracili szansę przyjęcia największego daru, jakim jest sam Bóg.
W przeciwieństwie do tych dziewięciu Żydów Samarytanin, jak również Syryjczyk Naaman, w otrzymanym darze zdołali dostrzec miłość Dawcy. Właśnie dostrzeżenie tej miłości, wzbudziło w ich sercach prawdziwą wdzięczność, która pomogła im otworzyć serce i przyjąć coś znacznie większego niż dar zdrowia. Przyjęli miłość Dawcy, a wraz z nią Samego Dawcę. To odmieniło ich życie całkowicie. Właściwie dopiero w tym momencie zostali prawdziwie uzdrowieni. Bóg uzdrowił nie tylko ich ciało, ale także ich duszę.
Módlmy się o to, abyśmy radując się z otrzymanego od Boga daru, nie zatrzymywali się na tym darze, ale abyśmy zdołali dostrzec w nim miłość Dawcy, tak, abyśmy wraz z miłością Boga mogli przyjąć Jego samego.