Wigilia świąt Bożego Narodzenia

2 Sm 7,1-5.8b-12.14a-16; Łk 1,67-79

W kościele, w którym kiedyś pracowałem był pewien uczeń szkoły podstawowej, który z wielkim przejęciem opowiadał mi o tym, że z telewizji dowiedział się o tym, że Joanna Dark słyszała głos Boga. Później dowiedział się, że także inni ludzie, jak na przykład Matka Teresa, czy też św. Franciszek z Asyżu słyszeli głos Boga. Chłopak ten powiedział mi, że on także chce usłyszeć głos Boga, tylko nie wie, co ma w tym celu zrobić. Powiedziałem mu, że przede wszystkim musi się wyciszyć oraz, że musi otworzyć nie tylko uszy, ale i serce, że powinien słuchać nie tylko uszami, ale i sercem.

Później dowiedziałem się od mamy tego chłopaka, że był na mnie bardzo zły. Rozgniewał się na mnie, ponieważ przez chwilę siedział cicho i próbował słuchać uszami i sercem, ale nic nie usłyszał. Powiedział mamie, że bardzo się rozczarował i poczuł się oszukany przez księdza.

Chłopak ten szczerze wyznał swoje odczucie, swoje rozczarowanie. Ale myślę, że jednocześnie wyraził uczucie wielu innych ludzi, którzy choć czują podobnie, z różnych powodów nie wyrażają swojego uczucia.

Czy przypadkiem także i my nie jesteśmy czasami rozczarowani w swojej wierze? Czy przypadkiem nie czujemy się zawiedzeni innymi ludźmi, a może nawet samym Bogiem? Czy w mijającym roku nie było chwil, kiedy czuliśmy się opuszczeni przez Boga, czy wręcz oszukani przez Niego? Czy nie zadawaliśmy sobie pytania o to, dlaczego Bóg milczy, dlaczego nie odpowiada na nasze wezwania, dlaczego w milczeniu przygląda się naszym problemom, naszemu cierpieniu?

Ten zarzut wobec wielu ludzi jest niejednokrotnie całkiem uzasadniony. Ale, czy jest on uzasadniony wobec Boga? Czy rzeczywiście Bóg przygląda się w milczeniu naszym cierpieniom? Czy rzeczywiście nie odpowiada na nasze wezwania? Czy rzeczywiście jest nieobecny? Czy fakt, że nie słyszymy głosu Boga wynika z tego, że on milczy? A może problem jest w nas? Może wynika on z tego, że to my źle słuchamy?

Przed chwilą usłyszeliśmy biblijną historię narodzenia Jezusa. Jest to stara i dobrze znana historia. Powtarzana jest już od prawie dwóch tysięcy lat. Wielu z nas słyszy ją co roku już od maleńkości. Jednak pomimo tego, że bardzo dobrze znamy tę historię ciągle chodzimy do kościoła, aby na nowo jej słuchać, a co więcej, aby świętować to wielkie wydarzenie, które ona opisuje.

Dlaczego ta historia jest tak ważna, dlaczego jest tak często powtarzana i nigdy się nie znudzi?

Myślę, że historia ta jest ważna, ponieważ opisuje odpowiedź Boga na wezwania wszystkich ludzi. Tych ludzi, którzy urodzili się przed Jezusem, jak również tych, którzy urodzili się później, a także tych, którzy jeszcze się urodzą.

Bóg odpowiada na wezwania człowieka w zaskakujący sposób. Nie odpowiada głosem, który brzmi przez chwilę, aby następnie zniknąć i być zapomnianym, ale odpowiada Słowem, które zmienia rzeczywistość, Słowem, które trwa na wieki. Tym Słowem Boga, jest to małe, bezbronne i bezsilne niemowlę, którego narodzenie dzisiaj świętujemy.

Każde narodzenie dziecka jest nowym początkiem, nową wspaniałą szansą, która wzbudza radość i nadzieję nie tylko w sercach rodziców, ale także w sercach wielu ludzi. Niestety nie zawsze ta nowa szansa jest zrealizowana. Bardzo często jest ona całkowicie zmarnowana. W konsekwencji czego nadzieja zamienia się z rozpacz, a dziecko, które było źródłem radości, staje się źródłem smutku i cierpienia.

Narodzenie Jezusa jest nową nadzieją dla całego świata. A co ważniejsze jest nadzieją, która została w pełni zrealizowana. Właśnie w Jezusie zostały zrealizowane wszystkie najgłębsze pragnienie ludzkości, pragnienia każdego człowieka. Co więcej przez Jezusa Bóg doskonale ukazuje nam siebie samego.

Przez Jezusa Bóg ogłasza wszystkim ludziom, że nie jest On jakimś zimnym, niedosięgłym Absolutem, który z daleka, obojętnie przygląda się losom świata, ale jest zaangażowany w losy świata, jest blisko każdego z nas i razem z nami ponosi trudy życia.

Narodzenie Jezusa ukazuje prawdę, że nie musimy lękać się Boga jak absolutnego i surowego władcy, ale, że możemy zbliżyć się do niego bez lęku, właśnie tak, jak zbliżamy się do nowonarodzonego dziecka. Jedynym lękiem może być lęk o to, aby nie zrobić temu dziecku krzywdy, aby je nie zranić.

Narodzenie Jezusa jest zaproszeniem do przyjęcia Boga, który tak nas ukochał, że stał się jednym z nas. Podobnie jak dzieciątko Jezus, Bóg jest bardzo delikatny, łatwy do zranienia, podobnie jak dzieciątko Jezus pragnie czułości i naszej miłości.

Jednym słowem Narodzenie Jezusa jest wezwaniem Boga, jest Jego prośbą o naszą miłość.

Jaka jest Twoja odpowiedź?

Jeżeli w bożonarodzeniowej historii usłyszymy Słowo Boga i przyjmiemy Jego zaproszenie, to możemy być pewni, że nasze życie ulegnie całkowitej przemianie. Jezus stanie się światłem, które oświeci nasze ciemności i pewnie poprowadzi nas ku pełni życia.

Jeśli w historii bożonarodzeniowej nie usłyszymy Słowa Boga, lub co gorsza, świadomie odrzucimy lub zlekceważymy zaproszenie Boga, to może nawet Boże Narodzenie pozwoli nam zakosztować nieco pokoju, nadziei i radości, jednak to przeżycie szybko minie i nie dokona w naszym żadnych trwałych zmian.

Módlmy się o to, aby jak najwięcej ludzi usłyszało zaproszenie Boga i je przyjęło, aby ich ciemności zostały rozproszone, a oni sami stali się światłem dla innych ludzi.

BOŻE NARODZENIE 2017

Życzę wszystkim błogosławionych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia, i modlę się, aby Nowonarodzony znalazł miejsce w sercach wielu ludzi.

 

Słowa tej włoskiej kolędy napisał święty Alfons Maria Liguori. Ponieważ śpiewane są tylko dwie zwrotki poniżej zamieszczam cały tekst.

1. Zstępujesz z gwiazd
Królu Nieba
I wchodzisz do groty
W zimnie i mrozie.
O moje Boże Dziecię
Widzę Cię drżącego
O Boże błogosławiony,
Ile Cię kosztowało ukochanie mnie.

2. Dla Ciebie, który jesteś Stwórcą świata.
Brakuje okrycia i ognia,
O mój Panie.
Drogie wybrane dzieciątko,
To Twoje ubóstwo,
Wzbudza we mnie miłość.
Ponieważ to miłość czyni Cię
Tak bardzo biednym.

3. Porzuciłeś cudowną radość
Boskiego obcowania,
Aby przyjść cierpieć
Na tym sianie.
Słodka miłości mego serca,
Dokąd zaprowadziła Cię miłość?
O mój Jezus, dlaczego tak cierpisz?
Z powodu mojej miłości!

4. Jeżeli cierpisz z własnej woli,
To, dlaczego płaczesz?
Dlaczego zawodzisz?
Mój Oblubieńcu, ukochany Boże,
Mój Jezu, tak, rozumiem Cię.
Ach mój Panie!
Ty nie płaczesz z powodu bólu,
Ale z powodu miłości.

5. Płaczesz na widok
Mojej niewdzięczności.
Miłość tak wielka,
I tak mało kochana.
O miłości mojego serca,
Jeśli tak było do tej pory,
Teraz tylko pragnę Drogi,
Abyś już nie płakał,
Ponieważ Cię kocham, kocham Cię.

6. Śpisz moje dziecię,
Lecz Twoje serce nie śpi,
I czuwa przez cały czas.
Mój piękny i czysty Baranku,
O czym myślisz? Powiedz mi.
O wielkiej miłości,
O dniu, w którym umrę za ciebie.
O tym myślę, odpowiesz.

7. A więc, myślisz o tym,
Aby umrzeć za mnie, o Boże.
Co innego mogę kochać poza Tobą?
O Maryjo, moja nadziejo,
Nie gniewaj się na mnie, za to,
że tak mało kocham Twojego Jezusa.
Kochaj Go za mnie,
Ponieważ ja nie potrafię kochać.

IV NIEDZIELA ADWENTU (Rok B)

2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16; Rz 16,25-27; Łk 1,26-38

W tym adwentowym okresie, w liturgii kościelnej bardzo często słychać sformułowanie: „radosne oczekiwanie na Chrystusa.” Z całą pewnością jest to radosny czas, ale muszę wyznać, że dla mnie osobiście przez dwadzieścia parę lat, które spędziłem w Japonii, radość ta łączyła się z pewnym smutkiem.

Mimo, że Japonia nie jest krajem chrześcijańskim, a chrześcijanie stanowią zaledwie 1% całej ludności, atmosferę bożonarodzeniową można już odczuć od początku listopada, czyli prawie dwa miesiące przed Świętami. Atmosferę tą tworzą oczywiście wystawy sklepowe, reklamy, różnorodne programy telewizyjne i radiowe. Organizowane są bardzo liczne spotkania, czy też przyjęcia świąteczne. Jest w tym wszystkim jakaś radość i wyczekiwanie na coś wyjątkowego, na coś, co można doświadczyć tylko w tym czasie. Jednak w tym wszystkim nie ma miejsca na Jezusa. A same Święta są nazywane KURISUMASU, z angielskiego Christmas, co nikomu nie kojarzy się, ani z Jezusem Chrystusem, ani tym bardziej z narodzeniem, czy też wcieleniem Boga. Głównym bohaterem tego okresu jest dziadek Santa, który przypomina nieco św. Mikołaja jedynie faktem rozdawania prezentów, oraz swoim ubiorem.

Taki obraz świętowania Bożego Narodzenia jest zrozumiały w przypadku Japonii, ale niestety, odnoszę wrażenie, że także Polska zmierza w podobnym kierunku. Pomimo, że 6 grudnia dawno już minął, św. Mikołaj jest ciągle obecny i bardzo często jest głównym motywem dekoracji bożonarodzeniowej. Kolędy mówiące o narodzeniu Jezusa, są wymieszane z piosenkami o św. Mikołaju. W radiu i różnych reklamach można słyszeć o jakiejś abstrakcyjnej „magii Świąt.” Dla wielu ludzi największą atrakcją Świąt są zakupy, dawanie lub otrzymywanie prezentów. Mam wrażenie, że w tym wszystkim jest coraz mniej miejsca dla Jezusa, i coraz więcej ludzi traci świadomość tego, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.

Można być pewnym, że radość tych wszystkich, dla których źródłem tej radości jest jedynie atmosfera tych dni, jest bardzo krótkotrwała i zniknie, wraz ze zniknięciem choinek, światełek, św. Mikołaja, czy też kolęd.

Może warto zastanowić się nad tym, czym Boże Narodzenie jest dla mnie osobiście. Co jest źródłem radości, jaką doświadczam w tym bożonarodzeniowym okresie?

Dzisiejsze czytania mają pomóc nam w tej refleksji, a jednocześnie ukazać nam prawdziwy sens przeżywania tego okresu liturgicznego.

Pierwsze czytanie mówi nam o królu Dawidzie, który chciał uczynić dla Boga coś wielkiego. Chciał wybudować dla Niego wspaniały Przybytek. Możliwe, że w ten sposób chciał wyrazić swą wdzięczność za już otrzymane od Boga dary, ale możliwe, że chciał w ten sposób zatrzymać Boga przy sobie i zapewnić sobie otrzymywanie następnych darów. Jednak Bóg ukazuje Dawidowi, że tylko On sam może uczynić coś wielkiego dla Dawida, że tylko Bóg jest prawdziwym Dawcą. Co więcej, czyni to całkowicie bezinteresownie. To, co Bóg wymaga od Dawida, to przyjęcie tych darów i podzielenie się nimi z innymi ludźmi.

Ewangelia natomiast przedstawia nam Maryję, która ukazuje nam drogę do przyjęcia największego z Bożych Darów, jakim jest Jego własny Syn.

Maryja, która stała się współodkupicielką, właściwie niczego wielkiego dla Boga nie zrobiła. Nie wybudowała żadnej świątyni, kościoła, sierocińca, ani też szpitala. Nie napisała żadnej mądrej księgi. Nie założyła żadnej organizacji charytatywnej, czy też apostolskiej. Maryja uczyniła tylko jedno. Całkowicie zawierzyła Bogu i pozwoliła Mu swobodnie działać w sobie, oraz przez siebie. Bóg dokonał całej reszty. Obdarzył Ją swoim Synem. Maryja urodziła i wychowała swojego Syna, a następnie przekazała Go światu. W ten sposób stała się Dawczynią życia Bożego, stała się Matką wszystkich zbawionych, współodkupicielką i pośredniczką łask wszelkich.

Właśnie takiego „fiat”, czyli zgodny na swobodne działanie Boga we własnym życiu wymaga Bóg od każdego z nas, od każdego chrześcijanina, od każdego człowieka.

Wbrew przekonaniu wielu ludzi, wcale nie musimy dokonywać dla Boga wielkich rzeczy. Wszystko, co Bóg od nas wymaga to przyzwolenie na Jego obecność i działanie w naszym życiu. Takie przyzwolenie może wydawać się banalnie prostym, ale to tylko pozór. W rzeczywistości nie chodzi o słowa, ale o gotowość rezygnacji z własnych wyobrażeń, z własnych pragnień i ambicji. Chodzi także o gotowość wypełniania woli Boga w każdym momencie swojego życia, zarówno wtedy, kiedy jest to proste i przyjemne, wtedy, gdy wzbudza w nas radość, jak i wtedy, gdy kosztuje nas to wiele trudu, a nawet wtedy, gdy towarzyszą temu różne cierpienia. Chodzi o prawdziwe i bezwarunkowe zawierzenie Bogu.

Jeżeli wyrazimy zgodę na obecność Boga i Jego działanie w naszym życiu możemy być pewni, że Bóg obdarzy nas swoim Synem, swoim Duchem, że sam zamieszka w naszym wnętrzu. Wówczas podobnie jak Maryja będziemy pełnymi łaski, pełnymi Bożego życia. W konsekwencji tego podobnie jak Maryja, będziemy mogli obdarzać życiem Boga ludzi, których spotkamy w naszym życiu.

Na podstawie dzisiejszych czytań możemy powiedzieć, że Święta Bożego Narodzenia, powinny przede wszystkim przypominać nam, o największym Darze Boga dla ludzkości, a jednocześnie ukazywać nam drogę, pobudzać nasze pragnienia i dodawać odwagi potrzebnej do przyjęcia tego Daru, jakim jest sam Jezus.

Poprzez Święta Bożego Narodzenia, Bóg wzywa nas do przyjęcia swego Syna, ponieważ pragnie On ubogacić nasze życie, ale także pragnie abyśmy przekazali Go innym ludziom tak, aby przez nas Jezus dotarł do tych, którzy jeszcze Go nie przyjęli.

Módlmy się o to, aby na wzór Maryi jak najwięcej ludzi przyjęło to zaproszenie, aby Boża miłość, radość i pokój, które ofiaruje On światu, zamieszkały w ich sercach. Módlmy się także o to, aby życie, które przyniósł Jezus, ciągle nas ożywiało, nie tylko w tym okresie, ale przez cały rok, przez całe życie, przez całą wieczność.

III NIEDZIELA ADWENTU (Rok B)

Iz61,1-2a.10-11; 1Tes5,16-24; J1,6-8.19-28

Dzisiejsze czytania Słowa Bożego wzywają nas do radości. Jednak od razu należy powiedzieć, że czytania te mówią o radości, która jest całkowicie inna niż ta, jaką zwykle doświadczamy w naszym życiu.

Przyczyną radości, którą najczęściej doświadczamy jest spełnienie naszych pragnień lub oczekiwań. Dlatego też zwykle odczuwamy radość wtedy, gdy coś dzieje się zgodnie z naszymi pragnieniami, gdy z powodzeniem realizujemy nasze plany i zamierzenia.

Jednak, kiedy jest odwrotnie, czyli kiedy nie jesteśmy w stanie zrealizować swoich planów, kiedy dzieją się rzeczy niezgodne z naszymi oczekiwaniami, doświadczamy zawodu i odczuwamy smutek. Dlatego też, taka radość jest nietrwała. Znika i przemienia się w smutek, kiedy tylko wydarzy się coś niezgodnego z naszymi oczekiwaniami. Człowiek, który usiłuje zdobyć taką radość ciągle ulega wpływowi zmieniającego się otoczenia. A co więcej, takim człowiekiem można bardzo łatwo manipulować poprzez spełnianie lub też nie spełnianie jego oczekiwań.

Jest jeszcze jeden bardzo poważny problem związany z tego rodzaju radością. To, co oczekujemy, czy też to, czego pragniemy nie zawsze jest dobrem. Czasami świadomie możemy pragnąć jakiegoś zła dla innej osoby, na przykład dla kogoś, kto nas zranił lub dla kogoś, kogo uważamy za wroga. Ale nawet, jeśli świadomie nie pragniemy zła, to zawsze istnieje możliwość popełnienia błędu. Nierzadko jest tak, że to, co uważamy za dobro i pragniemy, jako dobro, w rzeczywistości jest złem dla nas samych lub też dla innych ludzi.

Także w tym przypadku, kiedy świadomie lub też nieświadomie, pragniemy zła, odczuwamy radość, kiedy to pragnienie zostanie spełnione. W tym przypadku przyczyną naszej radości jest zło, które właśnie wydarzyło się. Pomimo tego, że zło powinno wywoływać w nas smutek, a nawet gniew, odczuwamy radość, która niejako mówi nam, że wydarzyło się coś dobrego. Można powiedzieć, że taka radość oszukuje nas i wyrządza nam wielką krzywdę. Pragnąc radości, która sama w sobie jest czymś dobrym, pragniemy zła. A starając się doświadczyć tej radości czynimy krzywdę sobie lub innym ludziom.

Pomimo tego, że taka radość szkodzi zarówno człowiekowi, który jej doświadcza, jak i wielu innym ludziom, pomimo tego, że nie daje gwarancji na osiągnięcie prawdziwego szczęście, bardzo wielu ludzi jest tak bardzo przywiązanych do tej radości, że nie może sobie wyobrazić życia bez niej. A poza tym, ludzie ci nie mogą nawet wyobrazić sobie tego, że może istnieć inna radość, niż ta, którą znają ze swojego doświadczenia. Nie mogą sobie wyobrazić, że może istnieć taka radość, która nikogo nie rani, czy też taka radość, która trwa niezależnie od zmieniających się warunków. Ludzie ci są przekonany, że ta radość to wszystko, czego można spodziewać się od życia. Dlatego też nie pragną niczego innego, a jedynie starają się nie utracić tego, co już mają.

Św. Jan od Krzyża powiedział, że „Aby dojść do celu, którego nie znamy, należy porzucić znane drogi i iść drogą, którą jeszcze nie kroczyliśmy. Aby doświadczyć radości, której nie znamy, należy zaprzestać dążenia do tej radości, którą już znamy.”

Skąd zdobyć siły, aby pokonać lęk przed opuszczeniem starej, dobrze znanej drogi?

Skąd zdobyć odwagę, aby zdecydować się na kroczenie nową, nieznaną drogą?

Prorok Izajasz poucza nas, że misją obiecanego przez Boga Mesjasza było wyzwolenie nas z tego lęku i umożliwienie nam kroczenia drogą, która prowadzi do prawdziwego życia, do prawdziwej radości i pokoju.

Tym zapowiedzianym przez Izajasza Mesjaszem jest Jezus Chrystus. Aby wypełnić swoją misję Jezus przede wszystkim objawia nam moc, potęgę i ogrom Miłości Boga. Boża Miłość jest niezniszczalna. Nie może jej zniszczyć ani nasz grzech, ani wszelkie inne zło. Jezus pouczał, że Miłości tej nie może zniszczyć nawet śmierć. Prawdziwość swych słów potwierdził poprzez swoje życie, a szczególnie poprzez swoją śmierć i zmartwychwstanie.

Ponieważ Miłość Boga jest wieczna i jednocześnie jest mocniejsza od wszelkiego zła, a nawet od śmierci, każdy człowiek, który uzna ją za swój największy skarb, za najcenniejszą rzecz w swoim życiu, może być pewny, że żadna siła nie zniszczy tej miłości, że nikt nie jest w stanie odebrać od niego tego skarbu. Z tego powodu człowiek ten nie musi się niczego lękać, ani nikogo obawiać. Zostaje wyzwolony ze wszelkich lęków. Jezus pragnie wyzwolić nas ze wszelkich lęków i niepokojów, ponieważ dopiero wtedy, gdy będziemy wolni będziemy w stanie kochać. Będziemy w stanie kochać Boga, ale także kochać siebie samych, oraz innych ludzi.

Gdy zaczniemy żyć w miłości, zaczniemy żyć zgodnie z wolą Boga Stwórcy wobec nas, zaczniemy żyć w pełni po ludzku i zostaniemy przepełnieni pokojem oraz radością, której ten świat dać nie może. W przeciwieństwie do radości, którą sami możemy zdobyć, ta radość nie jest uzależniona od warunków zewnętrznych, jest niezmienna w każdej sytuacji i podobnie jak Miłość Boga, trwa na wieki.

Módlmy się o to, aby jak najwięcej ludzi przyjęło światło Jezusa, aby zostali przez Niego wyzwoleni ze wszelkich lęków oraz przywiązań tak, aby przepełnieni wielką nadzieją, radością i pokojem, którego świat dać nie może, mogli zawsze żyć w miłości, a przez to, aby stali się światłem dla innych ludzi i prowadzili ich do Źródła Miłości, do Źródła nieprzemijającej radości i pokoju.

II NIEDZIELA ADWENTU (Rok B)

Iz 40,1-5.9-11; 2 P 3,8-14; Mk 1,1-8

Rozpoczęty tydzień temu Adwent przypomina nam jedną z ważniejszych nadziei chrześcijan. Jest to nadzieja na to, że Jezus Chrystus powróci kiedyś do nas w widzialnej postaci. Nasza nadzieja opiera się na słowach samego Jezusa, który obiecał przyjść, aby zabrać nas do przygotowanego przez Niego dla nas miejsca.

Jednak ta obietnica Jezusa nie dla wszystkich ludzi jest źródłem nadziei. Niestety są ludzie, dla których jest ona źródłem lęku. Ludzie, w których zapowiedź powtórnego przyjścia Jezusa wywołuje lęk są przekonani, że dzień przyjścia Chrystusa będzie dniem surowego sądu, a co więcej będzie dniem otrzymania kary. Dal tych ludzi nadejście Jezusa oznacza zniszczenie ich ludzkich nadziei, które pokładali w tym życiu, oraz unicestwienie ich wysiłku osiągnięcia szczęścia poza Bogiem. Naturalnie nie chcą, aby taki dzień nastał. A jeżeli już nie ma wyboru, to chcą, aby ten dzień nastał jak najpóźniej.

Dla nas chrześcijan dzień przyjścia Pana ma całkiem inne znaczenie. Nie jest to dzień, którego się obawiamy, ale wprost przeciwnie jest to moment, na który oczekujemy z radością. Chrześcijanin to człowiek, który ponad wszystkich kocha Jezusa. Bardziej niż czegokolwiek pragnie przebywać razem z Jezusem. Dzień powtórnego przyjścia Pana nie jest dla nas dniem sądu, w sensie wydzielenia nam zasłużonej kary, ale dniem, w którym zostaniemy ostatecznie wyzwoleni z reszty zniewoleń, które uniemożliwiają nam całkowite oddanie się Jezusowi. Dlatego też dzień nadejścia Jezusa jest dla nas dniem, w którym nasza więź z Panem zostanie udoskonalona, czyli dniem, w którym nasze największe pragnienie zostanie zrealizowane.

Ponieważ dzień powtórnego nadejścia Pana będzie dniem spełnienia naszej największej nadziei, chrześcijanie już od początku modlili się słowami: „Maranata, Przyjdź Panie Jezu”. W prawdzie obecni chrześcijanie znacznie rzadziej używają tych słów, ale także my modlimy się o jak najszybsze nadejście Jezusa za każdym razem, kiedy wypowiadamy słowa Modlitwy Pańskiej. Szczególnie prosimy o to słowami: „Przyjdź królestwo Twoje”.

Czas oczekiwania ponownego nadejścia Pana, czas oczekiwania na spełnienie Jego obietnicy powrotu w widocznej postaci, nie jest czasem biernego siedzenia, ani tym bardziej czasem spania. Jest to czas przygotowania się na przyjęcie Jezusa. W tym sensie nasze życie przypomina życie Żydów z przed 2000 lat, którzy oczekiwali na narodzenie Mesjasza.

Przygotowanie Żydów na nadejście Mesjasza, było misją wszystkich proroków oraz przewódców religijnych, a w szczególny sposób było misją Jana Chrzciciela. Realizując tą misję, Jan wzywał Izraelitów do nawrócenia, czyli do odrzucenia ze swojego życia tego wszystkiego, co nie jest zgodne z wolą Boga, którą wyraźnie ukazywały dane przez Niego przykazania.

Nawrócenie było rzeczywiście potrzebne, aby przygotować się na nadejście Mesjasza.  Niestety, sądząc jedynie po zapisanych w Ewangeliach słowach Jana Chrzciciela, wydaje się, że dla Jana jedyną motywacją nawrócenie był lęk przed karą, którą według Jana miał wymierzyć Mesjasz. Dlatego też, wzywając ludzi do nawrócenia Jan przypominał im o sądzie oraz o srogich karach, jakie według niego spotkają nienawróconych grzeszników.

Niewątpliwie lęk przed karą może zmienić zewnętrzne zachowanie człowieka. Jednak zwykle nie ma mocy przemiany serca człowieka. Możliwe, że nawet ci Izraelici, którzy uwierzyli słowom Jana Chrzciciela i zdecydowali nawrócić się w tym celu, aby uniknąć kary, nie byli w stanie przyjąć Jezusa.

Także chrześcijanie mają przygotować się na powtórne przyjście Jezusa poprzez nawrócenie. Jednak motywacją naszego nawrócenia nie powinien być lęk, przed ewentualną karą, ale pragnienie przyjęcia Miłości Boga, pragnienie odpowiedzenia miłością na Jego Miłość.

W prawdzie Jezus nigdy nie lekceważył grzechu człowieka i niejednokrotnie mówił o straszliwych konsekwencjach grzechu, to przede wszystkim swoimi słowami oraz czynami objawiał nam miłosierną, bezwarunkową i niezmienną Miłość Boga. Jezus czynił tak, ponieważ wiedział, że tylko Miłość Boga ma moc przemiany ludzkich serc, ma moc pociągnięcia człowieka ku Bogu, jak również ma moc wyzwolenia człowieka z niewoli grzechu.

Człowieka, który poznał Miłość Boga, pragnie przyjąć tą Miłość, pragnienie odpowiedzieć własną miłością na tą wielką Miłość Boga, pragnienie żyć w miłosnej relacji z Bogiem. Właśnie te pragnienia przemieniają serce człowieka, stają się motywacją nawrócenia, czyli zerwania niezdrowych relacji, więzi ze wszystkim, co odciąga nas od Boga, jak również motywacją pogłębiania miłosnej relacji z Bogiem i ciągłego dążenia do pełnej jedności z Bogiem.

Chrześcijanin pogłębia swoją więź z Bogiem i coraz pełniej przyjmujemy Dar Jego Miłości poprzez wierność tej miłości, którą już zdołał przyjąć. Przez takie życie zbliżamy się do doskonałej jedności z Bogiem, ale jednocześnie ukazujemy Miłości Boga tym ludziom, którzy jeszcze Jej nie poznali. W ten sposób spełniamy misję, którą otrzymaliśmy od Jezusa. Objawiając Miłość Boga, podobnie jak sam Jezusa, pociągamy ludzi ku Bogu i przygotowujemy ich na ponowne przyjście Jezusa, na ich osobiste spotkanie z Bogiem.

Módlmy się o to, aby ci wszyscy ludzie, którzy już w jakimś stopniu przyjęli Miłość Boga, byli wierni tej miłości w każdej sytuacji, aby w ten sposób ciągle wzrastali w miłości i przygotowali się na ponowne nadejście Chrystusa i jednocześnie pomogli innym ludziom w tym przygotowaniu.