Czwarta Niedziela Adwentu

W tych ostatnich dniach adwentu wielu ludzi na różne sposoby przygotowuje się do świętowania Bożego Narodzenia. Widok ludzi przygotowujących się do tego Święta, a nawet już świętujących je, niewątpliwie sprawia radość. Jednak radości tej towarzyszy pewien smutek. Przyczyną tego smutku jest fakt, że tak mało ludzi jest świadomych tego, co świętuje.

Dla bardzo wielu ludzi powodem doświadczanej w tych dniach radości nie będzie narodzenie Jezusa Chrystusa, Zbawiciela świata, ale cała atmosfera tych dni, dekoracje, różnorodne spotkania i imprezy, prezenty, a nawet święty Mikołaj.

Jako chrześcijanie musimy bardzo uważać, aby przez to wszystko, co dzieje się wokół nas, nie zapomnieć tego, że czas Adwentu jak również okres Bożonarodzeniowy, powinien być dla nas przede wszystkim czasem refleksji nad podstawowymi pytaniami związanymi z własnym życiem chrześcijańskim.

    • Jakie znaczenie dla mnie osobiście ma narodzenie Jezusa?
    • Czy rzeczywiście przyjmuję Jezusa do swojego życia?
    • Czy ma On realny wpływ na moje życie oraz na mój sposób postępowania?

Jeśli chcemy uczciwie odpowiedzieć na te pytania, powinniśmy popatrzeć się nie na to, jak radośnie przeżywamy Boże Narodzenie, ale na to, jak żyjemy na co dzień. Powinniśmy zwrócić naszą uwagę szczególnie na to, jak zachowujemy się w trudnych sytuacjach, czyli wtedy, gdy spotykają nas różne kłopoty, gdy doświadczamy różnych problemów.

Kiedy wszystko układa się po naszej myśli i nie mamy większych problemów, przyjęcie Jezusa oraz życie zgodne z Jego nauką jest stosunkowo proste. Ale czy żyjemy zgodnie z tą nauką także w czasie, gdy spotykają nas trudności? Czy usiłujemy rozwiązywać napotkane problemy, czy też pokonywać napotkane trudności zgodnie z nauką Jezusa? Czy szukamy właściwego sposobu rozwiązania problemu, czy jedynie szukamy najłatwiejszej drogi wyjścia z trudnej sytuacji? Czy liczymy na pomoc Jezusa, czy też polegamy tylko na własnych siłach?

Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam Józefa, człowieka sprawiedliwego, czyli takiego dla którego Bóg był rzeczywistym centrum jego życia, który w każdej bez wyjątku sytuacji starał się realizować to, co jest dobre, co jest zgodne z wolą Boga. Gdy Józef zorientował się, że jego żona Maryja jest brzemienna, naturalnie pomyślał, że został zdradzony, że Maryja kocha kogoś innego. Ewentualna zdrada żony raniła nie tylko jego serce, ale także jego honor. Zgodnie z ówczesnym prawem mógł zrehabilitować swój honor poprzez ukamienowanie Maryi.

Jednak Józef nie szukał własnej satysfakcji, nie myślał o ratowaniu siebie samego, ale o tym, co było najlepsze dla Maryi, którą kochał. Właśnie dlatego postanowił zerwać zaręczyny bez żadnego rozgłosu, bez ujawniania przyczyny, czyli bez publicznego oskarżania Maryi o zdradę. W ten sposób zwróciłby Jej wolność i dał szansę na związanie się z ukochanym człowiekiem.

Z pewnością nie była to dla Józefa łatwa decyzja. Jedną z jej możliwych konsekwencji była utrata dobrego imienia, bycie uważanym za człowieka nieodpowiedzialnego i niesłownego. W związku z tym znalezienie dobrej żony, byłoby praktycznie niemożliwe.

Jednak Józef był w stanie podjąć tę decyzję ponieważ bezgranicznie ufał Bogu. Najważniejszą sprawą dla niego było życie zgodne z Jego wolą, bycie wiernym miłości. Ponieważ był pewny, że Bóg nigdy go nie zawiedzie, nie musiał bronić samego siebie, nie musiał walczyć o swoje prawa, ani dbać o dobrą opinię wśród ludzi, ale wszystko mógł powierzyć Bogu. Rzeczywiście Bóg nigdy nie zawiódł Józefa, zawsze w odpowiednim czasie udzielał mu potrzebnej pomocy, potrzebnych wskazówek.

Ponieważ Józef tak bardzo ufał Bogu i był Mu wierny także w sytuacjach bardzo trudnych, stał się zaufanym Boga. Bóg powierzył mu swojego Syna wraz z Jego Matką, aby Józef opiekował się Nimi i Ich bronił. Dzięki temu Józef stał się współpracownikiem w dziele zbawienia. Co więcej mógł żyć ze Zbawicielem i przez to uczestniczył także w samym zbawieniu. Właśnie życie dla Jezusa, życie w głębokiej więzi z Jezusem jest uczestniczeniem w radości zbawienia.

Każdy z nas jest zaproszony do tego, aby przyjąć Jezusa Chrystusa, aby podobnie jak Józef żyć w głębokiej więzi z Jezusem, aby mieć udział w radości zbawienia nie tylko w czasie Świąt Bożego Narodzenia, ale także przez cały rok, przez całe życie, przez całą wieczność.

Módlmy się o to, abyśmy byli zawsze wierni Bogu, abyśmy nie tylko z radością przyjmowali Jego dary, ale przede wszystkim, abyśmy zawsze kierowali się Jego Wolą, czyli abyśmy zawsze kierowali się miłością.

Trzecia Niedziela Adwentu  (Rok A)

Kiedy Jan Chrzciciel po udzieleniu chrztu Jezusowi zobaczył znak, o którym powiedział mu Bóg, z pełnym przekonaniem wskazał na Jezusa, jako na Mesjasza. Jednakże dzisiejsza Ewangelia przekazuje nam, że przed swoją śmiercią Jana Chrzciciel, stracił pewność co do tego, że Jezus rzeczywiście jest Mesjaszem. Skąd wzięły się u Jana te wątpliwości względem Jezusa?

Aby to zrozumieć powinniśmy przypomnieć sobie fragment Ewangelii z poprzedniego tygodnia (Mt3,7-12). Z fragmentu tego wynika, że Jan spodziewał się Mesjasza, który będzie sądzić i karać grzeszników. Ponadto, sam Jan prowadził bardzo rygorystyczne życie i takiego życia spodziewał się od swoich uczniów. Bardzo możliwe, że takiego życia spodziewał się także od Mesjasza.

Sposób życia Jezusa, Jego czyny oraz nauka były całkowicie inne niż wyobrażał to sobie Jan Chrzciciel. Nie dość, że Jezus sam nikogo nie sądził ani też nikogo nie karał, to jeszcze zabraniał swym uczniom sądzić kogokolwiek. Pouczał, że Bóg kocha wszystkich bez wyjątku ludzi, że błogosławi nie tylko dobrze czyniącym, ale także źle czyniącym ludziom. Nie dość, że nie wymagał od swoich uczniów praktykowania postów, to sam brał udział w różnych ucztach. Ponieważ nie gardził żadnym towarzystwem był nazywany żarłokiem i pijakiem, oraz przyjacielem celników i grzeszników.

Jan Chrzciciel zaczął się zastanawiać na tym, czy przypadkiem nie pomylił się stwierdzając, że Jezus jest Mesjaszem, właśnie z tego powodu, że Jezus nie działał tak, jak to sobie Jan wyobrażał

Kiedy Jezus dowiedział  się o wątpliwościach Jana, nie krytykuje go, ale nawet chwali za wierne realizowanie swojej misji. Jednocześnie wskazuje na fakt, że swoją działalnością realizuje proroctwa Starego Testamentu, że właśnie Jego czyny prowadzą do zbawienia świata, ponieważ są zgodne z ukazaną przez proroków Wolą Boga.

W ten sposób Jezus pouczył Jana, że nie powinien on oceniać Jezusa na podstawie swoich własnych wyobrażeń oraz oczekiwań wobec Mesjasza, ale na podstawie proroctw dotyczących Mesjasza, czyli na podstawie Słowa Bożego.

Postawa Jana oraz odpowiedź Jezusa ukazują nam olbrzymi problem, z powodu którego wielu ludzi nie czuje się kochanymi przez Boga i nie ufa Bogu. Tym problemem są nasze oczekiwania wobec Boga.

Bardzo często nasze oczekiwania wobec Boga są całkowicie bezpodstawne. A niejednokrotnie są wręcz nierealistyczne. Na przykład wielu ludzi oczekuje, że jeżeli tylko będą wierzyć w Boga, dużo się modlić i starać się spełniać dane przez Boga przykazania, to nigdy nie zachorują, nigdy nie spotka ich żadne inne nieszczęście. Kiedy jednak spotka ich jakieś cierpienie, czują się zawiedzeni, czy też nawet oszukani przez Boga. Z tego doświadczenia wyciągają wniosek, że nie mogą ufać Bogu, lub też, że Bóg ich nie kocha.

Jezus poucza nas, że swoje oczekiwania wobec Boga, jak również nasze oczekiwania wobec samego Jezusa powinniśmy opierać jedynie na Słowie Bożym, a konkretnie na proroctwach oraz obietnicach, jakie daje nam Bóg przez proroków oraz samego Syna Bożego.

Jan Chrzciciel był bardzo uczciwy wobec siebie samego i kiedy uświadomił sobie jakieś wątpliwości, szukał odpowiedzi. Dlatego też był w stanie poznać przyczyny swoich wątpliwości. Niewątpliwie był także w stanie skorygować swoje wyobrażenie o Mesjaszu i wzmocnić swoje przekonanie, że Jezus jest rzeczywiście Mesjaszem.

Problemem wielu ludzi jest to, że nawet nie są świadomi swoich oczekiwań wobec Boga. A kiedy odczuwają jakąś wątpliwość lub zawód, nie poszukują odpowiedzi. W konsekwencji tego nie wiedzą, dlaczego wątpią w miłość Boga, dlaczego nie kroczą drogą, którą Bóg im wskazuje i nie są w stanie nic zrobić w celu rozwiązania tego problemu.

Jeżeli ktoś z nas nie czuje się kochany przez Boga, jeżeli nie jest w stanie zaufać Mu i żyć zgodnie z Jego wskazaniami, to przede wszystkim powinien uświadomić sobie swoje własne oczekiwania wobec Boga, czy też swoje wyobrażenie tego, jak Bóg powinien działać w jego życiu. Następnie człowiek ten powinien sprawdzić, czy te oczekiwania lub wyobrażenia opierają się na Słowie Bożym. Jeżeli znajdzie w sobie takie oczekiwania, które nie mają żadnego oparcia w Słowie Bożym, to po prostu powinien z nich zrezygnować i zachować jedynie te, które opierają się na Słowie Bożym.

Dopiero wtedy, kiedy pozbędziemy się bezpodstawnych i nierealistycznych oczekiwań wobec Boga, będziemy w stanie doświadczyć Jego wierności i mocy. Dopiero wtedy nabierzemy pełnego przekonania, że jesteśmy przez Niego kochani. Dopiero wtedy będziemy w stanie iść wiernie drogą, która On nam wskazuje.

Pierwsza Niedziela Adwentu (rok A)

W codziennym życiu czynimy wiele przygotowań na coś, co ma wydarzyć się w przyszłości. Te przygotowania w jakiś sposób łączą teraźniejszość z przyszłością. Poprzez te przygotowania przyszłe wydarzenie, mimo tego, że jeszcze nie istnieje ma wpływ na nasze życie.

Jeśli wydarzenie, które ma nadejść jest radosne, czas przygotowań staje się radosnym czasem. W ten sposób przygotowanie przedłuża czas radości. Jeśli nadchodzące wydarzenie jest smutne lub niepokojące, to przygotowanie przedłuża ten smutek i niepokój.

Jednym z problemów związanych z przygotowaniami jest fakt, że nie znamy przyszłości i możemy jedynie próbować ją przewidzieć. Do przewidzenia przyszłych wydarzeń możemy użyć własne doświadczenie lub też różnorodne znaki, które zapowiadają przyszłość. Także obietnice lub zapowiedzi innych ludzi mogą ukazać to, co stanie się w przyszłości.

Przewidywana przez nas przyszłość nie zawsze nadchodzi, często nasze przygotowania okazują się daremne, a radość, czy też niepokój bezpodstawny. Przyczyną tego może być błędny wniosek, jaki wyciągnęliśmy z naszego doświadczenia lub błędne odczytanie zapowiadających przyszłość znaków. Przyczyną może być także to, że ktoś nie był w stanie spełnić złożonej obietnicy lub też świadomie nas okłamał.

Biblijny Noe był przekonany, że wkrótce nadejdzie wielka powódź, gdyż uwierzył słowom, które skierował do niego Bóg. W przeciwieństwie do ludzi Bóg nigdy się nie myli, nigdy nas nie oszukuje i zawsze spełnia swoje obietnice i realizuje swoje plany. Z całym przekonaniem możemy powiedzieć, że Bóg jest najpewniejszym źródłem informacji na temat przyszłości. Świadczy o tym nie tylko doświadczenie Noego, ale także wielu innych ludzi.

My Chrześcijanie przygotowujemy się na Paruzję, czyli na ostateczne przyjście Jezusa Chrystusa. Oznacza to, że nie przygotowujemy się na jakiś kataklizm, czy też inne przykre doświadczenie, ale na realizację naszych największych pragnień i nadziei. Nasze przekonanie opieramy na obietnicy samego Jezusa, czyli na Słowie Boga.

Niestety podobnie, jak w czasach Noego, także teraz bardzo wielu ludzi nie wierzy temu Słowu. Ludzie, którzy odrzucają Słowo Boże, wybierają nieznajomość przyszłości. I dlatego nie są w stanie przygotować się do przyszłości, nie są w stanie kierować swojego życia ku celowi, który wyznaczył Bóg.

Bardzo często dla ludzi, którzy nie znają celu życia człowieka, który wyznaczył dla nas Bóg, podobnie jak dla ludzi, którzy żyli w czasach Noego, najważniejszą sprawą w życiu jest doświadczanie jak największej ilości przyjemności. Nie chcą rezygnować z żadnej możliwej przyjemności, gdyż nie mają pewności, czy taka okazja jeszcze kiedyś powtórzy się.

Ludzie, którzy nie znają przyszłości, jaką Bóg przygotował dla człowieka, nie posiadają prawdziwej nadziei. Tak naprawdę boją się przyszłości, ponieważ jedyną rzeczą, której mogą być pewni to to, że kiedyś umrą, a przed śmiercią napotkają różnorodne cierpienia. W rzeczywistości dla tych ludzi zdobywanie przyjemności jest tylko próbą uciszenia lęku przed tą przyszłością.

My chrześcijanie wiemy, czego możemy spodziewać się od przyszłości. Wiemy, że kiedyś Jezus Chrystus powróci w swojej chwale, w widzialnej dla wszystkich postaci i zrealizuje swoje Królestwo. To Królestwo jest rzeczywistością, w której będzie panować Boży pokój i Boża miłości, w której wszystkie pragnienia serca człowieka zostaną spełnione. Nie tylko nie lękamy się przyszłości, ale pokładamy w niej nadzieję. Właśnie dlatego, możemy oczekiwać na tą przyszłość i przygotowywać się do niej w pokoju i z radością.

Przygotowanie na przyszłość wcale nie oznacza dla nas lekceważenie teraźniejszości, ani rezygnacji z obecnego życia. Przygotowanie to polega przede wszystkim na życiu z Panem, który wprawdzie ma przyjść w swojej chwale, ale który jednocześnie już teraz jest z nami i którego możemy poznać i przyjąć poprzez wiarę.

Przygotowanie to polega także na życiu w miłości Boga Ojca, czyli na ciągłym odpowiadaniu na tę miłość i pogłębianiu naszej jedności z Bogiem. Dlatego też chrześcijanin nie jest człowiekiem, który rezygnuje z życia, ale jest człowiekiem, który żyje pełnią życia, który wybiera z tego życia to, co jest najlepsze i najbardziej wartościowe.

Chrześcijanin może żyć w miłości, ponieważ wie, że żadne zło, żadne cierpienie, ani nawet sama śmierć nie jest w stanie odłączyć go od miłości Chrystusa. Co więcej wie, że poprzez te przykre doświadczenia może wzmocnić swoją więź z Jezusem i dlatego też nie musi się ich lękać, ani usiłować uciekać od nich za wszelką cenę.

Módlmy się o to, aby przez nasze radosne oczekiwanie na powrót Jezusa Chrystusa oraz nasze przygotowanie na Jego nadejście, wielu ludzi poznało obiecaną przez Jezusa przyszłość, aby zostali napełnieni nadzieją i odważyli się przyjąć Jezusa do swojego życia.

Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata (rok C)

Być chrześcijaninem oznacza uznawać Jezusa Chrystusa za swojego Pana oraz Króla. Dzisiejsza uroczystość przypomina nam, że Jezus Chrystus jest nie tylko naszym Królem i Panem, ale także jest Królem całego wszechświata.

Pomimo tego, że Jezus jest Królem wszechświata, żył na tej Ziemi, jako sługa. Służył Bogu oraz ludziom. W ten sposób pokazał nam, jak mają żyć ci, którzy uznają Go za swojego Pana.

Wiszący na krzyżu Jezus trzykrotnie jest wzywany przez otaczających Go ludzi do tego, aby zszedł z krzyża i zbawił sam siebie. Te wezwania przypominają nam kuszenie, które Jezus doświadczył na pustyni, po przyjęciu chrztu, bezpośrednio przed rozpoczęciem działalności publicznej.

Na pustyni Jezus był kuszony do tego, aby użyć otrzymaną od Boga moc do zdobycia akceptacji ludzi poprzez zaspokojenie ich pragnień oraz oczekiwań. Był kuszony także do tego, aby poprzez oddanie czci szatanowi, zdobyć władzę nad całym światem. Była to pokusa do tego, aby w łatwy sposób, czyli z pominięciem męki oraz krzyżowej śmierci, zapanować nad tym światem. Właściwie chodziło jedynie o sprawienie wrażenie odniesienia sukcesu i spełnienia otrzymanej od Boga misji.

Jezus nie uległ tym pokusom, ale zawierzył swój los oraz los swojej misji Bogu swojemu Ojcu. W ten sposób wyraził swoją ufność do Boga, oraz pragnienie realizacji swojej misji zgodnie z Jego wolą.

Wtedy szatan odszedł od Jezusa. Ale kiedy był On przybity do krzyża, kiedy wszystko wskazywało na to, że Jego misja, Jego działalność kończy się klęską, szatan zaatakował Jezusa ze wzmożoną mocą. Ustami obecnych ludzi zdawał się mówić: “Bóg, któremu tak zaufałeś, opuścił Cię. Twoja misja kończy się całkowitą klęską. Ale masz jeszcze szansę, użyj swojej mocy i uratuj siebie. Wtedy ci ludzie uwierzą, że jesteś Mesjaszem, Królem. Wtedy pójdą za Tobą. Odniesiesz zwycięstwo.”

Jezus nie reagował na tą pokusę i trwał na krzyżu. Trwał w tej sytuacji, w której nie można było się dopatrzyć żadnej nadziei. Jezus odmówił wszystkim pokusom, odmówił ratowanie siebie. Jednak nie zaprzestał ratowania innych. Pomimo tego, że czuł się zawiedziony i opuszczony przez Ojca, nie przestał Go miłować, nie przestał Mu ufać, nie przestał wypełniać Jego wolę.

Właśnie przez taką postawę Jezus nie tylko zbawił nawróconego łotra, ale także cały świat. Jednym słowem, poprzez ufność i posłuszeństwo wobec Ojca doskonale wypełnił swoją misję, zrealizował zbawczy plan swojego Ojca.

Dzięki łasce wiary uznajemy Jezusa za swojego Króla i Pana. W codziennym życiu staramy się realizować Jego wolę. Niewątpliwie takie życie niejednokrotnie było dla nas źródłem wielkiej radości i pokoju. W tym czasie byliśmy w pełni przekonani, że uznanie Jezusa za swojego Pana, było najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy w życiu.

Jednak z całą pewnością zdarzają się także takie chwile, gdy czujemy się, jak przybity do krzyża Jezus. Czujemy się opuszczeni przez naszego Pana. Czujemy się zawiedzeni. Czujemy, że nasza sytuacja jest beznadziejna. Może wtedy jesteśmy kuszeni do tego, aby odmienić swój los, aby uratować swoje życie poprzez porzucenie krzyża, czyli zaprzestanie kroczenia za Jezusem i pójście tam, gdzie jest przyjemniej i łatwiej.

Jest to pokusa, której niestety ulega wielu ludzi. Jednak, jak każda pokusa, jest ona iluzją, która oszukuje człowieka. Jeżeli człowiek jej ulegnie i zacznie żyć jedynie w tym celu, aby zdobyć maksimum przyjemności, ostatecznie unieszczęśliwi nie tylko siebie samego, ale także wiele osób wokół siebie.

Jezus Chrystus poprzez swoją postawę, wskazuje nam drogę, którą powinni kroczyć ci, którzy uznali Jezusa za swojego Pana. Drogą tą jest bezwzględne zaufanie swojemu Panu. Bez względu na to, czy moje życie toczy się zgodnie z moimi oczekiwaniami, czy też nie, powinienem trwać przy Jezusie i iść drogą, którą On mi wskazuje.

Ostatecznie kroczenie tą drogą jest możliwe tylko wtedy, gdy porzucimy wszelkie bezpodstawne oraz nierealistyczne oczekiwania, czyli gdy umrzemy dla siebie i pokochamy Pana Jezusa do tego stopnia, że pragnienie bycia z Nim, pragnienie wiernego służenia Mu stanie się mocniejsze niż wszystkie inne pragnienia.

Módlmy się o taką miłość i zaufanie dla wszystkich chrześcijan.

Módlmy się o to, abyśmy zawsze kochali Jezusa i ufali Mu, a wzmocnieni tą miłością i tym zaufaniem, mogli wiernie kroczyć za Jezusem w każdej sytuacji i realizować misję, którą otrzymaliśmy od Pana, to znaczy, abyśmy stali się znakiem obecności Pana wśród ludzi, i przekazywali im Jego miłość oraz Jego życie.

Trzydziesta Trzecia Niedziela Zwykła

Czytając dzisiejszą, Ewangelię można odnieść wrażenie, że jesteśmy blisko końca świata, ponieważ w dzisiejszym świecie możemy odnaleźć wszystko, o czym mówi Jezus.

Niestety jest wiele ludzi, którzy wykorzystują tego rodzaju zjawiska, jak również inne cierpienia ludzi w tym celu, aby ich zastraszyć, aby nimi manipulować i ich wykorzystać. Zgodnie z ostrzeżeniem Jezusa musimy uważać na takich fałszywych proroków.

Objawienie godziny nadejścia końca świata nie jest celem dzisiejszej Ewangelii. W rzeczywistości poznanie czasu, kiedy nastąpi koniec świata, jest niemożliwe. Sam Jezus powiedział, że: “Nikt nie zna tego dnia i godziny, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko sam Ojciec” (Mt24, 36). Koniec świata może nastąpić dopiero za pięć tysięcy lat, ale może nastąpi już jutro, albo nawet dzisiaj. Musimy zawsze być czujni i przygotowani na ten moment.

Jaki jest wobec tego cel dzisiejszego czytania? Czego nas naucza?

Dzisiejsza Ewangelia poucza nas przede wszystkim tego, jak żyć w świecie, który przepełniony jest różnorodnymi cierpieniami.

Niezależnie od tego, jakie będziemy wieść życie, nie będziemy w stanie uniknąć cierpienia. Niezależnie od tego, czy będziemy dobrze czynić, czy też nie; niezależnie od tego, czy będziemy wierzyć w Boga, czy też będziemy ateistami lub agnostykami; niezależnie od tego, czy będziemy katolikami, czy też wyznawcami innej religii, cierpienia będą zawsze częścią naszego życia. Będą nam towarzyszyć aż do samego końca, aż do samej śmierci. Warto pamiętać, że cierpienia nie były oszczędzone nawet Jezusowi, który nie tylko nigdy nie uczynił niczego złego, ale był Synem Boga, był wcielonym Bogiem.

Każdy człowiek pragnie żyć szczęśliwie. Wielu ludzi jest przekonanych, że jak długo istnieją cierpienia, tak długo życie szczęśliwe jest niemożliwe. Dla tych ludzi akceptacja tej prawdy o naszej rzeczywistości nie jest łatwa. Wielu ludzi zamiast zaakceptować oczywistą prawdę o naszej rzeczywistości, trwa w przekonaniu, że życie bez cierpienia jest możliwe. Robią to w tym celu, aby obronić swoją nadzieję na osiągnięcie szczęścia.

Ludzie ci stają się łatwymi ofiarami, różnorodnych przywódców religijnych, politycznych, czy też społecznych, którzy obiecują im zbudowanie świata, w którym nie będzie żadnych cierpień. Oczywiście przywódcy ci nie są w stanie spełnić tych obietnic, ale dzięki nim zdobywają władzę nad ludźmi, którzy wierzą w ich kłamstwa.

W przeciwieństwie do tych przywódców Jezus Chrystus jest uczciwy i nigdy nikogo nie oszukuje. Nigdy nie próbuje pozyskać uczniów poprzez powierzchowne pocieszania, czy też nierealistyczne obietnice. Tym, którzy za Nim pójdą, nie obiecuje łatwego życia bez cierpień, czy też życia bez problemów. Nie obiecuje ani bogactwa, ani zdrowia.

To, co Jezus proponuje swoim uczniom, to nie ucieczka od rzeczywistości, w której żyjemy w złudny świat, ale trwanie w takiej rzeczywistości i realizowanie misji, którą On nam dał. Jedyne, co obiecuje to być z nami i stać się naszą siłą, którą potrzebujemy do tego, abyśmy mogli żyć w tym świecie zgodnie z wolą Boga i abyśmy byli w stanie spełnić otrzymaną misję.

Jezus przez całe życie z całych swoich sił pomagał cierpiącym ludziom, walczył z cierpieniem. Jednak, gdy wymagała tego miłość do ludzi, sam przyjął cierpienie. Jezus mógł wieść takie życie i spełnić misję, którą otrzymał od Ojca, ponieważ ufał Bogu i wierzył, że żadne cierpienie, żadne zło, nie jest mocniejsze od Bożej miłości. Zmartwychwstanie Jezusa pokazuje prawdziwość tej wiary.

Jeśli uwierzymy nauce i świadectwu Jezusa i podobnie jak On będziemy w każdej sytuacji zaufać Bogu i wszystko Mu powierzyć, to wtedy stanie się przedziwna rzecz. Nasze serce zostanie napełnione nadzieją, dzięki której będziemy mogli doświadczać radości i pokoju wśród najrozmaitszych trudności i cierpień. Co więcej, otrzymamy moc przemieniania doświadczanego zła w dobro, moc wykorzystywania zła dla dobra własnego oraz dobra innych ludzi.

Właśnie wtedy, gdy nasze serce napełni się tą wielką nadzieją, radością i pokojem, gdy otrzymamy tą wielką moc przemiany zła w dobro, będziemy w stanie wypełnić misję, którą Jezus nam zlecił, czyli misję dawania świadectwa o miłości Boga, która jest mocniejszej niż ludzka nienawiść, mocniejsza niż wojny czy też trzęsienia ziemi, mocniejsza niż śmierć.

Módlmy się o to, abyśmy zawsze ufali Bogu naszemu Ojcu, i abyśmy dzięki Jego mocy wypełnili nasze chrześcijańskie powołanie niezależnie od warunków, w jakich się znajdziemy.