Świętej Rodziny: Jezusa, Maryi i Józefa

Syr 3,2-6.12-14; Kol 3,12-21; Mt 2,13-15.19-23

Świętą Rodzinę: rodzinę Józefa, Maryi i Jezusa uważamy za rodzinę doskonałą, za rodzinę, którą każda inna rodzina powinna naśladować. Jednak nie wiemy zbyt dużo o tej Rodzinie. Nie znamy Jej codziennego życia. Czego właściwie możemy nauczyć się od Świętej Rodziny? W czym możemy Ją naśladować?

Z tych nielicznych opisów Świętej Rodziny, które możemy znaleźć w Ewangeliach, możemy poznać, że Jej życie nie było łatwe, że już od samego początku napotykali na różne bardzo poważne kłopoty, które groziły zerwaniem więzi Maryi i Józefa, a nawet zagrażały zdrowiu i życiu Jezusa. Po narodzeniu Jezusa z powodu śmiertelnego niebezpieczeństwa musieli uciekać z Izraela i przez kilka miesięcy żyli, jako uchodźcy w obcym kraju. Kiedy Jezus rozpoczął publiczną działalność, nie wszyscy członkowie Jego rodziny rozumieli sens tej działalności, niektórzy myśleli nawet, że postradał zmysły. Patrząc się na te problemy, można nawet powątpiewać, i pytać się o to, czy rzeczywiście Bóg był z Nimi, czy rzeczywiście Im błogosławił.

Jednak żadne z tych problemów, Czytaj dalej Świętej Rodziny: Jezusa, Maryi i Józefa

Wigilia świąt Bożego Narodzenia

2 Sm 7,1-5.8b-12.14a-16; Łk 1,67-79

W kościele, w którym kiedyś pracowałem był pewien uczeń szkoły podstawowej, który z wielkim przejęciem opowiadał mi o tym, że z telewizji dowiedział się o tym, że Joanna Dark słyszała głos Boga. Później dowiedział się, że także inni ludzie, jak na przykład Matka Teresa, czy też św. Franciszek z Asyżu słyszeli głos Boga. Chłopak ten powiedział mi, że on także chce usłyszeć głos Boga, tylko nie wie, co ma w tym celu zrobić. Powiedziałem mu, że przede wszystkim musi się wyciszyć oraz, że musi otworzyć nie tylko uszy, ale i serce, że powinien słuchać nie tylko uszami, ale i sercem.

Później dowiedziałem się od mamy tego chłopaka, że był na mnie bardzo zły. Rozgniewał się na mnie, ponieważ przez chwilę siedział cicho i próbował słuchać uszami i sercem, ale nic nie usłyszał. Powiedział mamie, że bardzo się rozczarował i poczuł się oszukany przez księdza.

Chłopak ten szczerze wyznał swoje odczucie, swoje rozczarowanie. Ale myślę, że jednocześnie wyraził uczucie wielu innych ludzi, którzy choć czują podobnie, z różnych powodów nie wyrażają swojego uczucia.

Czy przypadkiem także i my nie jesteśmy czasami rozczarowani w swojej wierze? Czy przypadkiem nie czujemy się zawiedzeni innymi ludźmi, a może nawet samym Bogiem? Czy w mijającym roku nie było chwil, kiedy czuliśmy się opuszczeni przez Boga, czy wręcz oszukani przez Niego? Czy nie zadawaliśmy sobie pytania o to, dlaczego Bóg milczy, dlaczego nie odpowiada na nasze wezwania, dlaczego w milczeniu przygląda się naszym problemom, naszemu cierpieniu?

Ten zarzut wobec wielu ludzi jest niejednokrotnie całkiem uzasadniony. Ale, czy jest on uzasadniony wobec Boga? Czy rzeczywiście Bóg przygląda się w milczeniu naszym cierpieniom? Czy rzeczywiście nie odpowiada na nasze wezwania? Czy rzeczywiście jest nieobecny? Czy fakt, że nie słyszymy głosu Boga wynika z tego, że on milczy? A może problem jest w nas? Może wynika on z tego, że to my źle słuchamy?

Przed chwilą usłyszeliśmy biblijną historię narodzenia Jezusa. Jest to stara i dobrze znana historia. Powtarzana jest już od prawie dwóch tysięcy lat. Wielu z nas słyszy ją co roku już od maleńkości. Jednak pomimo tego, że bardzo dobrze znamy tę historię ciągle chodzimy do kościoła, aby na nowo jej słuchać, a co więcej, aby świętować to wielkie wydarzenie, które ona opisuje.

Dlaczego ta historia jest tak ważna, dlaczego jest tak często powtarzana i nigdy się nie znudzi?

Myślę, że historia ta jest ważna, ponieważ opisuje odpowiedź Boga na wezwania wszystkich ludzi. Tych ludzi, którzy urodzili się przed Jezusem, jak również tych, którzy urodzili się później, a także tych, którzy jeszcze się urodzą.

Bóg odpowiada na wezwania człowieka w zaskakujący sposób. Nie odpowiada głosem, który brzmi przez chwilę, aby następnie zniknąć i być zapomnianym, ale odpowiada Słowem, które zmienia rzeczywistość, Słowem, które trwa na wieki. Tym Słowem Boga, jest to małe, bezbronne i bezsilne niemowlę, którego narodzenie dzisiaj świętujemy.

Każde narodzenie dziecka jest nowym początkiem, nową wspaniałą szansą, która wzbudza radość i nadzieję nie tylko w sercach rodziców, ale także w sercach wielu ludzi. Niestety nie zawsze ta nowa szansa jest zrealizowana. Bardzo często jest ona całkowicie zmarnowana. W konsekwencji czego nadzieja zamienia się z rozpacz, a dziecko, które było źródłem radości, staje się źródłem smutku i cierpienia.

Narodzenie Jezusa jest nową nadzieją dla całego świata. A co ważniejsze jest nadzieją, która została w pełni zrealizowana. Właśnie w Jezusie zostały zrealizowane wszystkie najgłębsze pragnienie ludzkości, pragnienia każdego człowieka. Co więcej przez Jezusa Bóg doskonale ukazuje nam siebie samego.

Przez Jezusa Bóg ogłasza wszystkim ludziom, że nie jest On jakimś zimnym, niedosięgłym Absolutem, który z daleka, obojętnie przygląda się losom świata, ale jest zaangażowany w losy świata, jest blisko każdego z nas i razem z nami ponosi trudy życia.

Narodzenie Jezusa ukazuje prawdę, że nie musimy lękać się Boga jak absolutnego i surowego władcy, ale, że możemy zbliżyć się do niego bez lęku, właśnie tak, jak zbliżamy się do nowonarodzonego dziecka. Jedynym lękiem może być lęk o to, aby nie zrobić temu dziecku krzywdy, aby je nie zranić.

Narodzenie Jezusa jest zaproszeniem do przyjęcia Boga, który tak nas ukochał, że stał się jednym z nas. Podobnie jak dzieciątko Jezus, Bóg jest bardzo delikatny, łatwy do zranienia, podobnie jak dzieciątko Jezus pragnie czułości i naszej miłości.

Jednym słowem Narodzenie Jezusa jest wezwaniem Boga, jest Jego prośbą o naszą miłość.

Jaka jest Twoja odpowiedź?

Jeżeli w bożonarodzeniowej historii usłyszymy Słowo Boga i przyjmiemy Jego zaproszenie, to możemy być pewni, że nasze życie ulegnie całkowitej przemianie. Jezus stanie się światłem, które oświeci nasze ciemności i pewnie poprowadzi nas ku pełni życia.

Jeśli w historii bożonarodzeniowej nie usłyszymy Słowa Boga, lub co gorsza, świadomie odrzucimy lub zlekceważymy zaproszenie Boga, to może nawet Boże Narodzenie pozwoli nam zakosztować nieco pokoju, nadziei i radości, jednak to przeżycie szybko minie i nie dokona w naszym żadnych trwałych zmian.

Módlmy się o to, aby jak najwięcej ludzi usłyszało zaproszenie Boga i je przyjęło, aby ich ciemności zostały rozproszone, a oni sami stali się światłem dla innych ludzi.

BOŻE NARODZENIE 2017

Życzę wszystkim błogosławionych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia, i modlę się, aby Nowonarodzony znalazł miejsce w sercach wielu ludzi.

 

Słowa tej włoskiej kolędy napisał święty Alfons Maria Liguori. Ponieważ śpiewane są tylko dwie zwrotki poniżej zamieszczam cały tekst.

1. Zstępujesz z gwiazd
Królu Nieba
I wchodzisz do groty
W zimnie i mrozie.
O moje Boże Dziecię
Widzę Cię drżącego
O Boże błogosławiony,
Ile Cię kosztowało ukochanie mnie.

2. Dla Ciebie, który jesteś Stwórcą świata.
Brakuje okrycia i ognia,
O mój Panie.
Drogie wybrane dzieciątko,
To Twoje ubóstwo,
Wzbudza we mnie miłość.
Ponieważ to miłość czyni Cię
Tak bardzo biednym.

3. Porzuciłeś cudowną radość
Boskiego obcowania,
Aby przyjść cierpieć
Na tym sianie.
Słodka miłości mego serca,
Dokąd zaprowadziła Cię miłość?
O mój Jezus, dlaczego tak cierpisz?
Z powodu mojej miłości!

4. Jeżeli cierpisz z własnej woli,
To, dlaczego płaczesz?
Dlaczego zawodzisz?
Mój Oblubieńcu, ukochany Boże,
Mój Jezu, tak, rozumiem Cię.
Ach mój Panie!
Ty nie płaczesz z powodu bólu,
Ale z powodu miłości.

5. Płaczesz na widok
Mojej niewdzięczności.
Miłość tak wielka,
I tak mało kochana.
O miłości mojego serca,
Jeśli tak było do tej pory,
Teraz tylko pragnę Drogi,
Abyś już nie płakał,
Ponieważ Cię kocham, kocham Cię.

6. Śpisz moje dziecię,
Lecz Twoje serce nie śpi,
I czuwa przez cały czas.
Mój piękny i czysty Baranku,
O czym myślisz? Powiedz mi.
O wielkiej miłości,
O dniu, w którym umrę za ciebie.
O tym myślę, odpowiesz.

7. A więc, myślisz o tym,
Aby umrzeć za mnie, o Boże.
Co innego mogę kochać poza Tobą?
O Maryjo, moja nadziejo,
Nie gniewaj się na mnie, za to,
że tak mało kocham Twojego Jezusa.
Kochaj Go za mnie,
Ponieważ ja nie potrafię kochać.

IV NIEDZIELA ADWENTU (Rok B)

2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16; Rz 16,25-27; Łk 1,26-38

W tym adwentowym okresie, w liturgii kościelnej bardzo często słychać sformułowanie: „radosne oczekiwanie na Chrystusa.” Z całą pewnością jest to radosny czas, ale muszę wyznać, że dla mnie osobiście przez dwadzieścia parę lat, które spędziłem w Japonii, radość ta łączyła się z pewnym smutkiem.

Mimo, że Japonia nie jest krajem chrześcijańskim, a chrześcijanie stanowią zaledwie 1% całej ludności, atmosferę bożonarodzeniową można już odczuć od początku listopada, czyli prawie dwa miesiące przed Świętami. Atmosferę tą tworzą oczywiście wystawy sklepowe, reklamy, różnorodne programy telewizyjne i radiowe. Organizowane są bardzo liczne spotkania, czy też przyjęcia świąteczne. Jest w tym wszystkim jakaś radość i wyczekiwanie na coś wyjątkowego, na coś, co można doświadczyć tylko w tym czasie. Jednak w tym wszystkim nie ma miejsca na Jezusa. A same Święta są nazywane KURISUMASU, z angielskiego Christmas, co nikomu nie kojarzy się, ani z Jezusem Chrystusem, ani tym bardziej z narodzeniem, czy też wcieleniem Boga. Głównym bohaterem tego okresu jest dziadek Santa, który przypomina nieco św. Mikołaja jedynie faktem rozdawania prezentów, oraz swoim ubiorem.

Taki obraz świętowania Bożego Narodzenia jest zrozumiały w przypadku Japonii, ale niestety, odnoszę wrażenie, że także Polska zmierza w podobnym kierunku. Pomimo, że 6 grudnia dawno już minął, św. Mikołaj jest ciągle obecny i bardzo często jest głównym motywem dekoracji bożonarodzeniowej. Kolędy mówiące o narodzeniu Jezusa, są wymieszane z piosenkami o św. Mikołaju. W radiu i różnych reklamach można słyszeć o jakiejś abstrakcyjnej „magii Świąt.” Dla wielu ludzi największą atrakcją Świąt są zakupy, dawanie lub otrzymywanie prezentów. Mam wrażenie, że w tym wszystkim jest coraz mniej miejsca dla Jezusa, i coraz więcej ludzi traci świadomość tego, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.

Można być pewnym, że radość tych wszystkich, dla których źródłem tej radości jest jedynie atmosfera tych dni, jest bardzo krótkotrwała i zniknie, wraz ze zniknięciem choinek, światełek, św. Mikołaja, czy też kolęd.

Może warto zastanowić się nad tym, czym Boże Narodzenie jest dla mnie osobiście. Co jest źródłem radości, jaką doświadczam w tym bożonarodzeniowym okresie?

Dzisiejsze czytania mają pomóc nam w tej refleksji, a jednocześnie ukazać nam prawdziwy sens przeżywania tego okresu liturgicznego.

Pierwsze czytanie mówi nam o królu Dawidzie, który chciał uczynić dla Boga coś wielkiego. Chciał wybudować dla Niego wspaniały Przybytek. Możliwe, że w ten sposób chciał wyrazić swą wdzięczność za już otrzymane od Boga dary, ale możliwe, że chciał w ten sposób zatrzymać Boga przy sobie i zapewnić sobie otrzymywanie następnych darów. Jednak Bóg ukazuje Dawidowi, że tylko On sam może uczynić coś wielkiego dla Dawida, że tylko Bóg jest prawdziwym Dawcą. Co więcej, czyni to całkowicie bezinteresownie. To, co Bóg wymaga od Dawida, to przyjęcie tych darów i podzielenie się nimi z innymi ludźmi.

Ewangelia natomiast przedstawia nam Maryję, która ukazuje nam drogę do przyjęcia największego z Bożych Darów, jakim jest Jego własny Syn.

Maryja, która stała się współodkupicielką, właściwie niczego wielkiego dla Boga nie zrobiła. Nie wybudowała żadnej świątyni, kościoła, sierocińca, ani też szpitala. Nie napisała żadnej mądrej księgi. Nie założyła żadnej organizacji charytatywnej, czy też apostolskiej. Maryja uczyniła tylko jedno. Całkowicie zawierzyła Bogu i pozwoliła Mu swobodnie działać w sobie, oraz przez siebie. Bóg dokonał całej reszty. Obdarzył Ją swoim Synem. Maryja urodziła i wychowała swojego Syna, a następnie przekazała Go światu. W ten sposób stała się Dawczynią życia Bożego, stała się Matką wszystkich zbawionych, współodkupicielką i pośredniczką łask wszelkich.

Właśnie takiego „fiat”, czyli zgodny na swobodne działanie Boga we własnym życiu wymaga Bóg od każdego z nas, od każdego chrześcijanina, od każdego człowieka.

Wbrew przekonaniu wielu ludzi, wcale nie musimy dokonywać dla Boga wielkich rzeczy. Wszystko, co Bóg od nas wymaga to przyzwolenie na Jego obecność i działanie w naszym życiu. Takie przyzwolenie może wydawać się banalnie prostym, ale to tylko pozór. W rzeczywistości nie chodzi o słowa, ale o gotowość rezygnacji z własnych wyobrażeń, z własnych pragnień i ambicji. Chodzi także o gotowość wypełniania woli Boga w każdym momencie swojego życia, zarówno wtedy, kiedy jest to proste i przyjemne, wtedy, gdy wzbudza w nas radość, jak i wtedy, gdy kosztuje nas to wiele trudu, a nawet wtedy, gdy towarzyszą temu różne cierpienia. Chodzi o prawdziwe i bezwarunkowe zawierzenie Bogu.

Jeżeli wyrazimy zgodę na obecność Boga i Jego działanie w naszym życiu możemy być pewni, że Bóg obdarzy nas swoim Synem, swoim Duchem, że sam zamieszka w naszym wnętrzu. Wówczas podobnie jak Maryja będziemy pełnymi łaski, pełnymi Bożego życia. W konsekwencji tego podobnie jak Maryja, będziemy mogli obdarzać życiem Boga ludzi, których spotkamy w naszym życiu.

Na podstawie dzisiejszych czytań możemy powiedzieć, że Święta Bożego Narodzenia, powinny przede wszystkim przypominać nam, o największym Darze Boga dla ludzkości, a jednocześnie ukazywać nam drogę, pobudzać nasze pragnienia i dodawać odwagi potrzebnej do przyjęcia tego Daru, jakim jest sam Jezus.

Poprzez Święta Bożego Narodzenia, Bóg wzywa nas do przyjęcia swego Syna, ponieważ pragnie On ubogacić nasze życie, ale także pragnie abyśmy przekazali Go innym ludziom tak, aby przez nas Jezus dotarł do tych, którzy jeszcze Go nie przyjęli.

Módlmy się o to, aby na wzór Maryi jak najwięcej ludzi przyjęło to zaproszenie, aby Boża miłość, radość i pokój, które ofiaruje On światu, zamieszkały w ich sercach. Módlmy się także o to, aby życie, które przyniósł Jezus, ciągle nas ożywiało, nie tylko w tym okresie, ale przez cały rok, przez całe życie, przez całą wieczność.