Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata (rok C)

Być chrześcijaninem oznacza uznawać Jezusa Chrystusa za swojego Pana oraz Króla. Dzisiejsza uroczystość przypomina nam, że Jezus Chrystus jest nie tylko naszym Królem i Panem, ale także jest Królem całego wszechświata.

Pomimo tego, że Jezus jest Królem wszechświata, żył na tej Ziemi, jako sługa. Służył Bogu oraz ludziom. W ten sposób pokazał nam, jak mają żyć ci, którzy uznają Go za swojego Pana.

Wiszący na krzyżu Jezus trzykrotnie jest wzywany przez otaczających Go ludzi do tego, aby zszedł z krzyża i zbawił sam siebie. Te wezwania przypominają nam kuszenie, które Jezus doświadczył na pustyni, po przyjęciu chrztu, bezpośrednio przed rozpoczęciem działalności publicznej.

Na pustyni Jezus był kuszony do tego, aby użyć otrzymaną od Boga moc do zdobycia akceptacji ludzi poprzez zaspokojenie ich pragnień oraz oczekiwań. Był kuszony także do tego, aby poprzez oddanie czci szatanowi, zdobyć władzę nad całym światem. Była to pokusa do tego, aby w łatwy sposób, czyli z pominięciem męki oraz krzyżowej śmierci, zapanować nad tym światem. Właściwie chodziło jedynie o sprawienie wrażenie odniesienia sukcesu i spełnienia otrzymanej od Boga misji.

Jezus nie uległ tym pokusom, ale zawierzył swój los oraz los swojej misji Bogu swojemu Ojcu. W ten sposób wyraził swoją ufność do Boga, oraz pragnienie realizacji swojej misji zgodnie z Jego wolą.

Wtedy szatan odszedł od Jezusa. Ale kiedy był On przybity do krzyża, kiedy wszystko wskazywało na to, że Jego misja, Jego działalność kończy się klęską, szatan zaatakował Jezusa ze wzmożoną mocą. Ustami obecnych ludzi zdawał się mówić: “Bóg, któremu tak zaufałeś, opuścił Cię. Twoja misja kończy się całkowitą klęską. Ale masz jeszcze szansę, użyj swojej mocy i uratuj siebie. Wtedy ci ludzie uwierzą, że jesteś Mesjaszem, Królem. Wtedy pójdą za Tobą. Odniesiesz zwycięstwo.”

Jezus nie reagował na tą pokusę i trwał na krzyżu. Trwał w tej sytuacji, w której nie można było się dopatrzyć żadnej nadziei. Jezus odmówił wszystkim pokusom, odmówił ratowanie siebie. Jednak nie zaprzestał ratowania innych. Pomimo tego, że czuł się zawiedziony i opuszczony przez Ojca, nie przestał Go miłować, nie przestał Mu ufać, nie przestał wypełniać Jego wolę.

Właśnie przez taką postawę Jezus nie tylko zbawił nawróconego łotra, ale także cały świat. Jednym słowem, poprzez ufność i posłuszeństwo wobec Ojca doskonale wypełnił swoją misję, zrealizował zbawczy plan swojego Ojca.

Dzięki łasce wiary uznajemy Jezusa za swojego Króla i Pana. W codziennym życiu staramy się realizować Jego wolę. Niewątpliwie takie życie niejednokrotnie było dla nas źródłem wielkiej radości i pokoju. W tym czasie byliśmy w pełni przekonani, że uznanie Jezusa za swojego Pana, było najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy w życiu.

Jednak z całą pewnością zdarzają się także takie chwile, gdy czujemy się, jak przybity do krzyża Jezus. Czujemy się opuszczeni przez naszego Pana. Czujemy się zawiedzeni. Czujemy, że nasza sytuacja jest beznadziejna. Może wtedy jesteśmy kuszeni do tego, aby odmienić swój los, aby uratować swoje życie poprzez porzucenie krzyża, czyli zaprzestanie kroczenia za Jezusem i pójście tam, gdzie jest przyjemniej i łatwiej.

Jest to pokusa, której niestety ulega wielu ludzi. Jednak, jak każda pokusa, jest ona iluzją, która oszukuje człowieka. Jeżeli człowiek jej ulegnie i zacznie żyć jedynie w tym celu, aby zdobyć maksimum przyjemności, ostatecznie unieszczęśliwi nie tylko siebie samego, ale także wiele osób wokół siebie.

Jezus Chrystus poprzez swoją postawę, wskazuje nam drogę, którą powinni kroczyć ci, którzy uznali Jezusa za swojego Pana. Drogą tą jest bezwzględne zaufanie swojemu Panu. Bez względu na to, czy moje życie toczy się zgodnie z moimi oczekiwaniami, czy też nie, powinienem trwać przy Jezusie i iść drogą, którą On mi wskazuje.

Ostatecznie kroczenie tą drogą jest możliwe tylko wtedy, gdy porzucimy wszelkie bezpodstawne oraz nierealistyczne oczekiwania, czyli gdy umrzemy dla siebie i pokochamy Pana Jezusa do tego stopnia, że pragnienie bycia z Nim, pragnienie wiernego służenia Mu stanie się mocniejsze niż wszystkie inne pragnienia.

Módlmy się o taką miłość i zaufanie dla wszystkich chrześcijan.

Módlmy się o to, abyśmy zawsze kochali Jezusa i ufali Mu, a wzmocnieni tą miłością i tym zaufaniem, mogli wiernie kroczyć za Jezusem w każdej sytuacji i realizować misję, którą otrzymaliśmy od Pana, to znaczy, abyśmy stali się znakiem obecności Pana wśród ludzi, i przekazywali im Jego miłość oraz Jego życie.

Trzydziesta Trzecia Niedziela Zwykła

Czytając dzisiejszą, Ewangelię można odnieść wrażenie, że jesteśmy blisko końca świata, ponieważ w dzisiejszym świecie możemy odnaleźć wszystko, o czym mówi Jezus.

Niestety jest wiele ludzi, którzy wykorzystują tego rodzaju zjawiska, jak również inne cierpienia ludzi w tym celu, aby ich zastraszyć, aby nimi manipulować i ich wykorzystać. Zgodnie z ostrzeżeniem Jezusa musimy uważać na takich fałszywych proroków.

Objawienie godziny nadejścia końca świata nie jest celem dzisiejszej Ewangelii. W rzeczywistości poznanie czasu, kiedy nastąpi koniec świata, jest niemożliwe. Sam Jezus powiedział, że: “Nikt nie zna tego dnia i godziny, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko sam Ojciec” (Mt24, 36). Koniec świata może nastąpić dopiero za pięć tysięcy lat, ale może nastąpi już jutro, albo nawet dzisiaj. Musimy zawsze być czujni i przygotowani na ten moment.

Jaki jest wobec tego cel dzisiejszego czytania? Czego nas naucza?

Dzisiejsza Ewangelia poucza nas przede wszystkim tego, jak żyć w świecie, który przepełniony jest różnorodnymi cierpieniami.

Niezależnie od tego, jakie będziemy wieść życie, nie będziemy w stanie uniknąć cierpienia. Niezależnie od tego, czy będziemy dobrze czynić, czy też nie; niezależnie od tego, czy będziemy wierzyć w Boga, czy też będziemy ateistami lub agnostykami; niezależnie od tego, czy będziemy katolikami, czy też wyznawcami innej religii, cierpienia będą zawsze częścią naszego życia. Będą nam towarzyszyć aż do samego końca, aż do samej śmierci. Warto pamiętać, że cierpienia nie były oszczędzone nawet Jezusowi, który nie tylko nigdy nie uczynił niczego złego, ale był Synem Boga, był wcielonym Bogiem.

Każdy człowiek pragnie żyć szczęśliwie. Wielu ludzi jest przekonanych, że jak długo istnieją cierpienia, tak długo życie szczęśliwe jest niemożliwe. Dla tych ludzi akceptacja tej prawdy o naszej rzeczywistości nie jest łatwa. Wielu ludzi zamiast zaakceptować oczywistą prawdę o naszej rzeczywistości, trwa w przekonaniu, że życie bez cierpienia jest możliwe. Robią to w tym celu, aby obronić swoją nadzieję na osiągnięcie szczęścia.

Ludzie ci stają się łatwymi ofiarami, różnorodnych przywódców religijnych, politycznych, czy też społecznych, którzy obiecują im zbudowanie świata, w którym nie będzie żadnych cierpień. Oczywiście przywódcy ci nie są w stanie spełnić tych obietnic, ale dzięki nim zdobywają władzę nad ludźmi, którzy wierzą w ich kłamstwa.

W przeciwieństwie do tych przywódców Jezus Chrystus jest uczciwy i nigdy nikogo nie oszukuje. Nigdy nie próbuje pozyskać uczniów poprzez powierzchowne pocieszania, czy też nierealistyczne obietnice. Tym, którzy za Nim pójdą, nie obiecuje łatwego życia bez cierpień, czy też życia bez problemów. Nie obiecuje ani bogactwa, ani zdrowia.

To, co Jezus proponuje swoim uczniom, to nie ucieczka od rzeczywistości, w której żyjemy w złudny świat, ale trwanie w takiej rzeczywistości i realizowanie misji, którą On nam dał. Jedyne, co obiecuje to być z nami i stać się naszą siłą, którą potrzebujemy do tego, abyśmy mogli żyć w tym świecie zgodnie z wolą Boga i abyśmy byli w stanie spełnić otrzymaną misję.

Jezus przez całe życie z całych swoich sił pomagał cierpiącym ludziom, walczył z cierpieniem. Jednak, gdy wymagała tego miłość do ludzi, sam przyjął cierpienie. Jezus mógł wieść takie życie i spełnić misję, którą otrzymał od Ojca, ponieważ ufał Bogu i wierzył, że żadne cierpienie, żadne zło, nie jest mocniejsze od Bożej miłości. Zmartwychwstanie Jezusa pokazuje prawdziwość tej wiary.

Jeśli uwierzymy nauce i świadectwu Jezusa i podobnie jak On będziemy w każdej sytuacji zaufać Bogu i wszystko Mu powierzyć, to wtedy stanie się przedziwna rzecz. Nasze serce zostanie napełnione nadzieją, dzięki której będziemy mogli doświadczać radości i pokoju wśród najrozmaitszych trudności i cierpień. Co więcej, otrzymamy moc przemieniania doświadczanego zła w dobro, moc wykorzystywania zła dla dobra własnego oraz dobra innych ludzi.

Właśnie wtedy, gdy nasze serce napełni się tą wielką nadzieją, radością i pokojem, gdy otrzymamy tą wielką moc przemiany zła w dobro, będziemy w stanie wypełnić misję, którą Jezus nam zlecił, czyli misję dawania świadectwa o miłości Boga, która jest mocniejszej niż ludzka nienawiść, mocniejsza niż wojny czy też trzęsienia ziemi, mocniejsza niż śmierć.

Módlmy się o to, abyśmy zawsze ufali Bogu naszemu Ojcu, i abyśmy dzięki Jego mocy wypełnili nasze chrześcijańskie powołanie niezależnie od warunków, w jakich się znajdziemy.

Trzydziesta Pierwsza Niedziela zwykła

Wśród ludzi, których spotkałem w Japonii, było wielu, którzy uważali religię za coś dobrego, jednak byli przekonani, że sami jej nie potrzebują. Według tych ludzi religia jest potrzebna tylko tym, którzy mają różne problemy, ale nie mogą ich sami rozwiązać, czyli nie są w stanie żyć o własnych siłach i dlatego potrzebują jakiegoś wsparcia. Według nich człowiek, który jest zdrowy, który ma pracę, pieniądze, mieszkanie, przyjaciół, który jest w stanie sprostać codziennym kłopotom, nie potrzebują ani religii, ani Boga.

Bardzo możliwe, że występujący w dzisiejszej Ewangelii Zacheusz myślał w podobny sposób. Najprawdopodobniej uważał, że w życiu najważniejsze są pieniądze i władza. Dlatego też żył tak, aby zdobyć ich, jak najwięcej. Wysiłek Zacheusza były skuteczny. Był bogaty, miał władzę.

Wprawdzie był znienawidzony przez wielu, ponieważ swój majątek zdobył kosztem cierpienia innych ludzi, to jednak ludzie lękali się go i nie mieli odwagi, aby ukazać mu swoje prawdziwe uczucia. Najprawdopodobniej było wielu takich, którzy dla jakichś korzyści, ukazywali mu szacunek, czy też nawet udawali przyjaźń. Dlatego też Zacheusz mógł odczuwać, że jest poważany przez ludzi, że ma wielu przyjaciół.

Był zadowolony z siebie. Najprawdopodobniej nie odczuwał żadnej potrzeby, aby prosić Boga o cokolwiek. Był przekonany, że Bóg był mu niepotrzebny.

Jednak coś się zmieniło w sercu Zacheusza, kiedy usłyszał o Jezusie, o tym, jak On żyje i czego naucza. Możliwe, że dzięki temu po raz pierwszy poznał, że możliwy jest inny sposób życia. Najprawdopodobniej ukazywany i nauczany przez Jezusa sposób życia rezonował z jego najgłębszymi pragnieniami, których wcale nie był świadomy. Możemy powiedzieć, że jego uśpione serce zaczęło się powoli przebudzać.

Pragnienie, jakie uświadomił sobie Zacheusz, było bardzo proste „chcę zobaczyć, jak wygląda Jezus”. To pragnienie było czymś więcej niż zwykła ciekawość. Gdyby pragnienie zobaczenia Jezusa było zwykłą ciekawością, to najprawdopodobniej Zacheusz zrezygnowałby z próby jej zaspokojenia, kiedy napotkał przeszkodę. Jednak Zacheusz nie zrezygnował i w celu spełnienia tego pragnienia, wszedł na drzewo. Niewątpliwie zdawał sobie sprawę, że naraża się na drwiny ludzi. Jednak w celu zobaczenia Jezusa był w stanie porzucić swoją dumę. Najprawdopodobniej chciał nie tylko zobaczyć, jak Jezus wygląda, ale poznać Go bliżej, chciał spotkać Go osobiście. Jego pragnienie zostało spełnione w sposób, jaki nie mógł oczekiwać, ani nawet wyobrazić sobie.

Jezus jakby w odpowiedzi na pragnienie Zacheusza podszedł do niego, zawołał go po imieniu i wyraził chęć bycia z nim, czyli zwrócił się do niego, jak do najserdeczniejszego przyjaciela. Jezus nie stawiał przy tym żadnych warunków. Ani nie wzywał go do nawrócenia, ani do uczynienia czegoś dla Jezusa. Jezus nie miał żadnej korzyści z bycia z nim, tracił jedynie swoją dobrą reputację.

W przeciwieństwie do innych ludzi Jezus nie potraktował Zacheusza, jako okrutnego, budzącego lęk grzesznika. Nie potraktował go, jako bogacza, którego można wykorzystać dla jakiegoś zysku. Dostrzegł w nim godnego miłości człowieka.

Przez spotkanie z Jezusem Zacheusz odkrył nieznany mu do tej pory świat. Był to świat bezwarunkowej miłości. Do tej pory doświadczał jedynie miłości warunkowej, czyli takiej, którą można kupić za pieniądze, czy też zdobyć poprzez spełnianie oczekiwań innych ludzi. Jednak ani ta fałszywa miłość, ani żadna inna rzecz, którą Zacheusz zdobył w swoim życiu, nie była w stanie zaspokoić pragnienia jego serca. Uczyniła to dopiero miłość, którą doświadczył w spotkaniu z Jezusem.

Zacheusz od razu zrozumiał, że choć tego nie zauważał wcześniej, jego serce zawsze pragnęło takiej miłości. Poczuł, że na tę miłość nie może odpowiedzieć inaczej, jak kochając tak, jak kochał Jezus.

Było to nawrócenie, którego pragnie Bóg. Było to nawrócenie, które nie jest warunkiem uzyskania miłości Boga, ale jest owocem doświadczenia Bożej miłości. Było to nawrócenie, które nie jest warunkiem uzyskania zbawienia, ale jest zbawieniem. Nawrócenie to jest Darem Boga. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że jest to Dar, którym Bóg pragnie obdarzyć wszystkich ludzi.

Dziękując Bogu Ojcu za Jego bezwarunkową miłość do każdego z nas, módlmy się o to, abyśmy podobnie jak Zacheusz dostrzegali wyrazy Bożej miłości w naszym codziennym życiu, tak abyśmy nabrali mocnego przekonania, że jesteśmy bezwarunkowo kochani przez Boga.

Módlmy się także o to, abyśmy przyjęli Miłość Boga i odpowiadali na nią poprzez życie tą miłością i dzielenie się nią z innymi ludźmi

Trzydziesta Niedziela zwykła

Już w bardzo wczesnych latach naszego życia uczymy się różnych sposobów zaspokajania naszych pragnień. Jednym z najpowszechniejszych sposobów uzyskania tego, co pragniemy, jest spełnianie oczekiwań innych ludzi.

Jeżeli spojrzymy na nasze dotychczasowe życie, to najprawdopodobniej zauważymy, że w celu uzyskania jakiejś konkretnej rzeczy, dobrych ocen, zdobycia przyjaciół, pracy, uznania, szacunku, władzy itd. od dzieciństwa staraliśmy się spełniać oczekiwania rodziców, rodzeństwa, nauczycieli, przełożonych w pracy, i wielu innych osób.

Dla wielu ludzi taki sposób zaspokajania własnych pragnień jest oczywisty. Są oni przekonani, że nie stanowi on żadnego problemu. Myślą nawet, że otrzymają od Boga upragnioną pomoc, czy też błogosławieństwo, jeżeli spełnią Jego oczekiwania.

Przypowieść Jezusa o faryzeuszu oraz celniku, może bardzo zaskoczyć tych ludzi. Zgodnie z przekonaniem tych ludzi, Bóg powinien wysłuchać modlitwę faryzeusza, ponieważ w każdym aspekcie życie starał się on spełniać wyrażone w Prawie oczekiwania Boga. Natomiast, celnik, który łamiąc Prawo nie tylko nie spełniał oczekiwania Boga, ale także sprzeciwiał się tym oczekiwaniom, nie powinien być wysłuchany. Jednak Jezus powiedział, że stało się odwrotnie. Wysłuchany został celnik, a nie faryzeusz.

Dlaczego Bóg nie wysłuchał modlitwy faryzeusza, który żył zgodnie z danym przez Boga Prawem? Dlaczego wysłuchał modlitwy grzesznego celnika?

Jezus poucza nas, że dla Boga nie jest ważna przeszłość człowieka, ale to, jakim człowiekiem jest on w danej chwili. Ważne jest nie tyle to, jak człowiek żył w przeszłości, ale to, kim stał się przez to, jak żył.

W prawdzie faryzeusz przestrzegał Prawa, to jednak był przekonany, że jest to rezultat jego własnego wysiłku. Był przekonany, że ze względu na swój sposób życia jest godny stać przed Bogiem i ma prawo otrzymać Jego błogosławieństwo. Faryzeusz nie pragnął miłosierdzia Boga. Domagał się zapłaty za swoją sprawiedliwość. Co więcej, dla wzmocnienia przekonania o własnej sprawiedliwości, dyskryminował innego człowieka i stawiał się ponad nim.

Natomiast Celnik, był w stanie uczciwie uznać swoją grzeszność, był w stanie uznać, że nie jest godny stać w obliczu Boga i nie ma prawa domagać się czegokolwiek od Niego. Jeżeli mimo wszystko przyszedł do Świątyni, to tylko dlatego, że liczył na Jego miłosierdzie.

Musimy uważać, aby z przypowieści o faryzeuszu i celniku nie wyciągnąć błędnego wniosku, a mianowicie takiego, że grzeszne życie jest pewniejszą drogą do Boga, niż życie zgodne z Bożymi przykazaniami.

Człowiek, który grzeszy stopniowo staje się niewrażliwy na grzech. Odróżnianie dobra od zła staje się dla niego coraz trudniejsze i dokonuje coraz to większego zła, z coraz to większą łatwością. W konsekwencji tego traci swoją wolność i staje się niewolnikiem grzechu. Dlatego też człowiek, który wszedł na drogę grzechu, zmierza bezpośrednio do samozniszczenia.

Na szczęście Bóg nie opuszcza grzeszącego człowieka, ale obdarowuje go jeszcze większym miłosierdziem. Jeżeli człowiek otworzy się na miłosierdzie Boga, to nawet jego grzech, może zostać przemieniony na wielką łaskę.

W prawdzie miłosierdzie Boga dla grzesznika jest czymś całkowicie pewnym, to jednak przyjęcie tego miłosierdzia przez grzesznika wcale nie jest pewne. Dlatego też wyjście na drogę grzechu jest wielkim ryzykiem. Jest ryzykowaniem utraty życia wiecznego.

Najlepszą drogą do Boga nie jest życie w grzechu, ale życie zgodne z wolą Boga, czyli wierne kroczenie za Jezusem i spełnianie misji, którą On nas obdarzył.

Jednak na tej drodze musimy uważać, aby nie popełnić tego samego błędu, jaki popełnił faryzeusz, czyli musimy uważać, aby popaść w pychę i nie wywyższać się ponad innych ludzi. W tym celu musimy zawsze być świadomi tego, że samo poznanie tej drogi prowadzącej do życia wiecznego, jak również kroczenie tą drogą jest wielką łaską Boga, jest darmowym darem Jego miłości. Jeżeli będziemy zawsze świadomi swojej grzeszności jak również miłosiernej miłości Boga, to życie zgodne z wolą Boga nigdy nie będzie przyczyną naszej pychy, ale będzie wzbudzało w nas pokorę oraz wdzięczność.

Módlmy się o to, abyśmy zawsze byli w stanie uznać swoją grzeszność, oraz o to, abyśmy zawsze byli otwarci na miłosierdzie Boga, tak abyśmy byli w stanie kroczyć drogą, którą On dla nas przygotował i własnym życiem ukazywać innym ludziom Jego miłosierną miłość.

Dwudziesta Dziewiąta Niedziela zwykła

Kilka lat temu pewna chrześcijanka zadała mi następujące pytanie. “Proszę księdza, mam wystarczająco dużo pieniędzy, jestem zdrowa, poza tym nie mam większych problemów. Do czego właściwie potrzebny jest mi Bóg?”

Niestety wątpliwość tę usłyszałem z ust chrześcijanki, ale niewątpliwie w ten sam sposób myśli wielu ludzi, szczególnie ci, którzy nie znają Boga.

Ludzie, którzy nie znają Boga, są przekonani, że jest On kimś lub czymś, mocniejszym od człowieka i w razie potrzeby może nam pomóc. Wtedy, gdy o własnych siłach nie mogą zrealizować swoich pragnień lub kiedy napotkają na problemy, które przerastają ich siły, zwracają się do tego Boga i za pomocą modlitw, ofiar, obietnic i innych środków starają się uzyskać Jego pomoc.

Jeśli jednak sami są w stanie uzyskać to, co uważają za potrzebne, jeśli sami są w stanie zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa i stabilności, wtedy myślą, że nie potrzebują Boga. Bardzo często stają się podobni do niesprawiedliwego sędziego z dzisiejszej Ewangelii, są przekonani, że nie potrzebują ani Boga ani ludzi, i nie szanują nikogo.

Czy pomocy Boga powinni wzywać tylko ci, którzy są tak słabi i bezbronni jak wdowa?

Czy mocni ludzie nie potrzebują modlić się?

Zanim odpowiemy na te pytania powinniśmy odpowiedzieć sobie na inne.

Czy istnieją naprawdę mocni ludzie, czyli tacy, którzy własnymi siłami potrafią zaspokoić wszystkie swoje potrzeby, tacy, którzy są w stanie rozwiązać wszystkie problemy, którzy są w stanie własnym wysiłkiem osiągnąć szczęście?

Najprawdopodobniej istnieją ludzi, którzy uważają się za mocnych, którzy są przekonani, że nikogo nie potrzebują. Jednak w rzeczywistości, jako stworzenia jesteśmy wszyscy całkowicie uzależnieni od Boga naszego Stwórcy. Poczynając od własnego życia, wszystko, co posiadamy zawdzięczamy Bogu. Bez pomocy Boga, nikt nie jest w stanie zaspokoić wszystkich swoich potrzeb, nikt nie jest w stanie osiągnąć szczęścia. W tym sensie każdy człowiek jest słaby i potrzebuje pomocy Boga.

Czy zatem modlitwa, do której wzywa nas Jezus, służy tylko do uzyskania pomocy Boga? Czy możemy ograniczyć funkcję Boga jedynie do wysłuchiwania naszych modlitw?

Zgodnie z nauką Jezusa, Bóg kocha wszystkich i troszczy się o wszystkich jednakowo. Błogosławi sprawiedliwym i niesprawiedliwym. Pomaga zarówno ludziom, którzy podobnie do  ubogiej wdowy uznają swoją słabość i proszą Boga o Jego pomoc, jak i ludziom, którzy tak samo jak niesprawiedliwy sędzia nie uznają rzeczywistości i nigdy się nie modlą. Bóg pragnie zaspokoić potrzeby wszystkich bez wyjątku ludzi.

Po co więc człowiek ma się modlić? W jakim celu mamy modlić się nieustannie?

Bóg, który nas kocha nie tylko pragnie nam pomóc i zaspokoić nasze potrzeby, ale przede wszystkim pragnie żyć w miłosnej relacji z każdym z nas, pragnie, abyśmy nie tylko przyjęli Jego dary i Jego pomoc, ale przede wszystkim, abyśmy przyjęli samego Boga oraz abyśmy ofiarowali Mu naszą własną miłość, abyśmy ofiarowali Mu nas samych.

Człowiek zostaje chrześcijaninem nie w tym celu, aby uzyskać jakąś szczególną opiekę, czy też pomoc Boga, ale w tym celu, aby odpowiedzieć na pragnienie Boga, czyli w tym celu, aby przyjąć Dawcę wszelkiego dobra, i aby odpowiedzieć swoją miłością na Jego miłość, aby ofiarować Bogu siebie samego.

Dlatego właśnie dla chrześcijanina modlitwa nie jest środkiem do osiągania własnych celów, ale jest miłosnymi obcowaniem z Bogiem. Oczywiście w tej modlitwie jest miejsce na wyrażanie własnych potrzeb, obaw, nadziei itd. Jednak dla chrześcijanina najważniejszym jest pragnienie Królestwa Bożego, czyli pragnienie zjednoczenia z Bogiem. To zjednoczenie jest nie tylko największym pragnieniem Boga, ale także stanem zaspokojenia wszelkich potrzeb człowieka, jest stanem doskonałego szczęścia człowieka, jest celem życia człowieka.

Módlmy się o to, abyśmy w odpowiedzi na wezwanie Jezusa, modlili się wytrwale i ciągle pogłębiali naszą jedność z Bogiem.

Módlmy się także o to, abyśmy poprzez dzielenie się z innymi ludźmi darami, które otrzymaliśmy od Boga, objawiali Jego bezwarunkową miłość do wszystkich ludzi i przekazywali im zaproszenie Boga do miłosnego zjednoczenia.