Trzecia Niedziela zwykła (rok c)

Dzisiejsze czytania przypomniały mi pewne trudności, które przeżywałem, jako nastolatek. Pomimo, że byłem ochrzczony, jako niemowlę i odkąd mogę pamiętać zawsze byłem katolikiem, właściwie dopiero w wieku mniej więcej 16 lat zacząłem interesować się chrześcijaństwem. W tym czasie zacząłem czytać Pismo Święte oraz różne książki dotyczące chrześcijaństwa. Byłem oczarowany wieloma nowymi odkryciami dotyczącymi naszej wiary, ale przez długi czas męczył mnie pewien zarzut przeciw chrześcijaństwu, który spotkałem w jednej z czytanych książek. W dużym uproszczeniu był to mniej więcej taki zarzut:

“Powszechnie uważa się, że chrześcijaństwo jest religią miłości i rzeczywiście Kościół, jako organizacja, jak również wielu indywidualnych chrześcijan na przestrzeni wieków czynili i ciągle czynią wiele dobra dla społeczeństwa, czynią wiele dzieł miłosierdzia. Jednak czynią to wszystko jedynie po to, aby otrzymać nagrodę w niebie, aby uzyskać zbawienie. Wobec tego chrześcijaństwo nie jest religią miłości, ale jest religią egoizmu. ”

Intuicyjnie byłem przekonany, że to oskarżenie nie może być prawdziwe, że chrześcijaństwo rzeczywiście jest religią miłości. Niestety, na co dzień wielu katolików, których znałem potwierdzało swoim życiem raczej prawdziwość tego oskarżenia. Wielu z nich chodziło do kościoła, jedynie dlatego, że był taki nakaz. Starali się także przestrzegać różne inne przykazania i nakazy kościelne przede wszystkim z obawy przed karą, która mogłaby ich spotkać za złamanie przykazań, za popełnienie grzechu. Byli także przekonani, że przez tego rodzaju posłuszeństwo zdobędą zasługi, dla których Bóg będzie im błogosławił, i na końcu życia obdarzy ich nagrodą w postaci życia wiecznego. Większość bardzo się starała i byli naprawdę bardzo dobrymi ludźmi. Dla zdobycia radości wiecznych rezygnowali z wielu radości doczesnych. Osobiście wcale nie wątpię, że ci, którzy tak żyli i już umarli poszli do nieba i rzeczywiście mają udział w tych wiecznych radościach, które pragnęli. Jednak mam wątpliwości, co do tego, czy byli oni szczęśliwi za życia? Czy ludzie, którzy obecnie praktykują taki rodzaj religijności są szczęśliwi? Czy taka religijność nie zniewala ludzi, czy nie zabiera im radości godnych życia ludzkiego? Czy takie życie jest rzeczywiście chrześcijańskim? Czy jest to sposób życia, jaki pragnie dla nas Jezus?

W dzisiejszym czytaniu Jezus mówi nam o swojej misji i jednocześnie objawia nam, w jaki sposób pragnie zmienić nasze życie. Jezus przyszedł po to, aby “ubogim nieść dobrą nowinę, więźniom głosić wolność, niewidomym przejrzenie, aby uciśnionych odsyłać wolnymi, aby obwoływać rok łaski od Pana”. Innymi słowami Jezus przyszedł po to, aby wyzwolić nas od różnych zniewoleń, począwszy od naszych zniewoleń osobistych, poprzez zniewolenia narzucone nam przez inne osoby, różne instytucje społeczne oraz instytucje religijne, aż do zniewoleń, które wynikają z naszego błędnego pojęcia Boga, z naszej niewłaściwej relacji do Niego. Jezus pragnie nas wyzwolić ze wszystkich tych zniewoleń, gdyż tylko wtedy, gdy staniemy się naprawdę wolnymi, będziemy zdolni do bezwarunkowej miłości, będziemy zdolni do przyjęcia największego daru, jakim Jezus pragnie nas obdarzyć, do przyjęcia Jego samego. Jezus pragnie, abyśmy już teraz głęboko się z Nim związali, abyśmy już teraz mieli udział w radościach życia wiecznego, abyśmy już teraz byli szczęśliwi. Z całą pewnością nie chce, abyśmy usiłowali zdobyć szczęście wieczne kosztem prawdziwego szczęścia doczesnego.

Jezus pragnie nas wyzwolić i ma siłę, aby to uczynić, jednak nie może uczynić tego bez naszej zgody, nie może uczynić tego wbrew naszej woli. Dlatego też ważnym pytaniem, które stawia nam dzisiejsza Ewangelia jest to, czy rzeczywiście pragniemy tej wolności, którą przynosi nam Jezus, czy zgadzamy się na to, aby Jezus odmienił nasze życie?

Mogłoby się wydawać, że każdy pragnie wolności, że każdy pragnie przyjąć dar, który ofiaruje nam Bóg. Mogłoby się wydawać, że przynajmniej każdy chrześcijanin pragnie głębszej więzi, mocniejszej zażyłości z Jezusem. Ale czy tak jest rzeczywiście?

Możliwe, że czasami czujemy się zniewoleni pewnymi układami, w których żyjemy, że czasami nasz mały światek, który z takim wysiłkiem urządziliśmy sobie, wydaje się bardzo ciasny i niewygodny, że przynajmniej czasami odczuwamy pragnienie wyzwolenia się z tego wszystkiego. Ale czy tak naprawdę nie boimy się utracić tego unormowanego, ustabilizowanego życia, które tak dobrze znamy? Czy nie boimy się pewnej niepewności i ryzyka, które ze sobą przynosi takie wyzwolenie? Czy nie obawiamy się wolności i odpowiedzialności, która jest z nią związana?

Najprawdopodobniej niejednokrotnie pragnęliśmy bliskości Jezusa, pragnęliśmy żyć w dużej zażyłości z Jezusem. Ale czy tak naprawdę nie obawiamy się tego? Czy nie czujemy się znacznie wygodniej i bezpieczniej, gdy Jezus zachowuje pewien dystans, gdy pozostaje na ołtarzu w kościele, gdy zbytnio nie miesza się do naszego codziennego życia, a my możemy iść na spotkanie Jezusa wtedy, kiedy mamy na to ochotę? Czy nie obawiamy się tego, że gdybyśmy Go przyjęli, gdybyśmy otworzyli się na Niego, to On odmieniłby nasze życie całkowicie, że przejąłby inicjatywę, że już nie bylibyśmy w stanie sami planować sobie życia, że nie bylibyśmy w stanie manipulować ani Jezusem, ani Bogiem?

Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami więcej pytań, niż odpowiedzi. Jednak myślę, że warto podjąć próbę odpowiedzi na te pytania.

Aby Jezus mógł nas uleczyć, aby mógł nas wyzwolić, musimy najpierw zdać sobie sprawę z naszych własnych zniewoleń i z tego jak bardzo nas one ograniczają i unieszczęśliwiają. Dopiero, gdy zaufamy Jezusowi i będziemy mieli odwagę pragnąć więcej, gdy będziemy mieli odwagę przyjąć dar wolności, słowa Pisma Świętego, które czytamy dzisiaj, spełnią się w naszym życiu. Amen.