IV NIEDZIELA ADWENTU (Rok B)

2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16; Rz 16,25-27; Łk 1,26-38

W tym adwentowym okresie, w liturgii kościelnej bardzo często słychać sformułowanie: „radosne oczekiwanie na Chrystusa.” Z całą pewnością jest to radosny czas, ale muszę wyznać, że dla mnie osobiście przez dwadzieścia parę lat, które spędziłem w Japonii, radość ta łączyła się z pewnym smutkiem.

Mimo, że Japonia nie jest krajem chrześcijańskim, a chrześcijanie stanowią zaledwie 1% całej ludności, atmosferę bożonarodzeniową można już odczuć od początku listopada, czyli prawie dwa miesiące przed Świętami. Atmosferę tą tworzą oczywiście wystawy sklepowe, reklamy, różnorodne programy telewizyjne i radiowe. Organizowane są bardzo liczne spotkania, czy też przyjęcia świąteczne. Jest w tym wszystkim jakaś radość i wyczekiwanie na coś wyjątkowego, na coś, co można doświadczyć tylko w tym czasie. Jednak w tym wszystkim nie ma miejsca na Jezusa. A same Święta są nazywane KURISUMASU, z angielskiego Christmas, co nikomu nie kojarzy się, ani z Jezusem Chrystusem, ani tym bardziej z narodzeniem, czy też wcieleniem Boga. Głównym bohaterem tego okresu jest dziadek Santa, który przypomina nieco św. Mikołaja jedynie faktem rozdawania prezentów, oraz swoim ubiorem.

Taki obraz świętowania Bożego Narodzenia jest zrozumiały w przypadku Japonii, ale niestety, odnoszę wrażenie, że także Polska zmierza w podobnym kierunku. Pomimo, że 6 grudnia dawno już minął, św. Mikołaj jest ciągle obecny i bardzo często jest głównym motywem dekoracji bożonarodzeniowej. Kolędy mówiące o narodzeniu Jezusa, są wymieszane z piosenkami o św. Mikołaju. W radiu i różnych reklamach można słyszeć o jakiejś abstrakcyjnej „magii Świąt.” Dla wielu ludzi największą atrakcją Świąt są zakupy, dawanie lub otrzymywanie prezentów. Mam wrażenie, że w tym wszystkim jest coraz mniej miejsca dla Jezusa, i coraz więcej ludzi traci świadomość tego, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.

Można być pewnym, że radość tych wszystkich, dla których źródłem tej radości jest jedynie atmosfera tych dni, jest bardzo krótkotrwała i zniknie, wraz ze zniknięciem choinek, światełek, św. Mikołaja, czy też kolęd.

Może warto zastanowić się nad tym, czym Boże Narodzenie jest dla mnie osobiście. Co jest źródłem radości, jaką doświadczam w tym bożonarodzeniowym okresie?

Dzisiejsze czytania mają pomóc nam w tej refleksji, a jednocześnie ukazać nam prawdziwy sens przeżywania tego okresu liturgicznego.

Pierwsze czytanie mówi nam o królu Dawidzie, który chciał uczynić dla Boga coś wielkiego. Chciał wybudować dla Niego wspaniały Przybytek. Możliwe, że w ten sposób chciał wyrazić swą wdzięczność za już otrzymane od Boga dary, ale możliwe, że chciał w ten sposób zatrzymać Boga przy sobie i zapewnić sobie otrzymywanie następnych darów. Jednak Bóg ukazuje Dawidowi, że tylko On sam może uczynić coś wielkiego dla Dawida, że tylko Bóg jest prawdziwym Dawcą. Co więcej, czyni to całkowicie bezinteresownie. To, co Bóg wymaga od Dawida, to przyjęcie tych darów i podzielenie się nimi z innymi ludźmi.

Ewangelia natomiast przedstawia nam Maryję, która ukazuje nam drogę do przyjęcia największego z Bożych Darów, jakim jest Jego własny Syn.

Maryja, która stała się współodkupicielką, właściwie niczego wielkiego dla Boga nie zrobiła. Nie wybudowała żadnej świątyni, kościoła, sierocińca, ani też szpitala. Nie napisała żadnej mądrej księgi. Nie założyła żadnej organizacji charytatywnej, czy też apostolskiej. Maryja uczyniła tylko jedno. Całkowicie zawierzyła Bogu i pozwoliła Mu swobodnie działać w sobie, oraz przez siebie. Bóg dokonał całej reszty. Obdarzył Ją swoim Synem. Maryja urodziła i wychowała swojego Syna, a następnie przekazała Go światu. W ten sposób stała się Dawczynią życia Bożego, stała się Matką wszystkich zbawionych, współodkupicielką i pośredniczką łask wszelkich.

Właśnie takiego „fiat”, czyli zgodny na swobodne działanie Boga we własnym życiu wymaga Bóg od każdego z nas, od każdego chrześcijanina, od każdego człowieka.

Wbrew przekonaniu wielu ludzi, wcale nie musimy dokonywać dla Boga wielkich rzeczy. Wszystko, co Bóg od nas wymaga to przyzwolenie na Jego obecność i działanie w naszym życiu. Takie przyzwolenie może wydawać się banalnie prostym, ale to tylko pozór. W rzeczywistości nie chodzi o słowa, ale o gotowość rezygnacji z własnych wyobrażeń, z własnych pragnień i ambicji. Chodzi także o gotowość wypełniania woli Boga w każdym momencie swojego życia, zarówno wtedy, kiedy jest to proste i przyjemne, wtedy, gdy wzbudza w nas radość, jak i wtedy, gdy kosztuje nas to wiele trudu, a nawet wtedy, gdy towarzyszą temu różne cierpienia. Chodzi o prawdziwe i bezwarunkowe zawierzenie Bogu.

Jeżeli wyrazimy zgodę na obecność Boga i Jego działanie w naszym życiu możemy być pewni, że Bóg obdarzy nas swoim Synem, swoim Duchem, że sam zamieszka w naszym wnętrzu. Wówczas podobnie jak Maryja będziemy pełnymi łaski, pełnymi Bożego życia. W konsekwencji tego podobnie jak Maryja, będziemy mogli obdarzać życiem Boga ludzi, których spotkamy w naszym życiu.

Na podstawie dzisiejszych czytań możemy powiedzieć, że Święta Bożego Narodzenia, powinny przede wszystkim przypominać nam, o największym Darze Boga dla ludzkości, a jednocześnie ukazywać nam drogę, pobudzać nasze pragnienia i dodawać odwagi potrzebnej do przyjęcia tego Daru, jakim jest sam Jezus.

Poprzez Święta Bożego Narodzenia, Bóg wzywa nas do przyjęcia swego Syna, ponieważ pragnie On ubogacić nasze życie, ale także pragnie abyśmy przekazali Go innym ludziom tak, aby przez nas Jezus dotarł do tych, którzy jeszcze Go nie przyjęli.

Módlmy się o to, aby na wzór Maryi jak najwięcej ludzi przyjęło to zaproszenie, aby Boża miłość, radość i pokój, które ofiaruje On światu, zamieszkały w ich sercach. Módlmy się także o to, aby życie, które przyniósł Jezus, ciągle nas ożywiało, nie tylko w tym okresie, ale przez cały rok, przez całe życie, przez całą wieczność.