Szósta Niedziela zwykła (rok c)

Aby lepiej zrozumieć słowa Jezusa, które przekazuje nam dzisiejsza Ewangelia, musimy uświadomić sobie sposób myślenia ludzi, którzy usłyszeli te słowa bezpośrednio z ust Jezusa.

W czasach Jezusa ludzie byli przekonani, że ubóstwo, choroba, głód i inne cierpienia są karą za grzechy, że są znakiem przekleństwa Boga. Z tego powodu ludzi ubogich lub chorych uznawali za odrzuconych przez Boga, za ludzi nieszczęśliwych.

Z drugiej strony bogactwo, czy też zdrowie było uznawane za znak Bożego umiłowania i błogosławieństwa, dlatego też ludzie bogaci i zdrowi uważani byli za szczęśliwych.

Zarówno choroba, jak i ubóstwo są brakiem dobra, jakim jest zdrowie oraz środki materialne, które człowiek potrzebuje do życia. Są ludzie, którzy z powodu nadmiaru ubóstwa kradną, zabijają, sprzedają siebie lub swoich najbliższych. Z powodu nadmiaru cierpienia wielu ludzi traci zaufanie do Boga, nie są w stanie kochać Boga, żyją z daleka od Niego lub też całkowicie od Niego odchodzą. Inni ludzie tracą wiarę, przestają wierzyć w istnienie Dobrego i miłującego Boga.

Jezus wiedział o tych niebezpieczeństwach związanych z chorobą, biedą i innymi cierpieniami, dlatego też z całych sił zwalczał różne formy cierpienia. Swym uczniom nakazywał czynić podobnie.

Przez takie życie i naukę Jezus pokazał, że Bóg nie tylko nie przeklina ubogich lub chorych ludzi, nie tylko ich nie odrzuca, ale wprost przeciwnie kocha ich oraz im błogosławi, nieustannie działa dla ich dobra. Dlatego też Jezus nauczał, że ani ubóstwo, ani choroba nie jest złem absolutnym, czyli takim, które uniemożliwia człowiekowi osiągnięcie szczęścia. Jeżeli człowiek zaufa Bogu i przyjmie Jego błogosławieństwo, może osiągnąć szczęście, dla którego został stworzony. Jeżeli choroba lub ubóstwo pomoże w większym zaufaniu Bogu, to może stać się drogą do pełni szczęścia.

Z całą pewnością lepiej jest być zdrowym niż chorym. Jest lepiej mieć więcej środków materialnych, które potrzebujemy do życia, niż mieć ich zbyt mało. Niewątpliwie także wśród bogatych i zdrowych są ludzie szczęśliwi. Jednak wśród nich są także ludzie nieszczęśliwi. Samo zdrowie, ani same środki materialne nie są w stanie zapewnić człowiekowi szczęścia. W tym sensie nie są dobrem absolutnym. Co więcej, wielu ludzi z powodu dobrego zdrowia, czy też z powodu posiadania nadmiernych dóbr materialnych, nabiera przekonania, że nie potrzebują pomocy Boga do tego, aby osiągnąć szczęście. Wielu z tych ludzi żyje z dala od Boga, nie przyjmują Jego błogosławieństwa, i konsekwentnie skazują się na nieszczęście.

Dlatego też Jezus poucza nas, że ani zdrowie, ani dobra materialne nie dość, że nie są w stanie dać człowiekowi pełni szczęścia, to jeszcze mogą odciągnąć go od Boga, który jest jedynym źródłem szczęścia człowieka, czyli mogą stać się drogą do wiecznego nieszczęścia.

Jezus poucza nas, że szczęście człowieka nie zależy ani od jego zdrowia, ani od bogactwa, ani od innych zewnętrznych warunków życia, ale od jego relacji z Bogiem. Jego szczęście zależy od tego czy otwiera się na Boże błogosławieństwo i od tego czy żyje zgodnie z wolą Boga.

 

Błędne pojęcie szczęścia nie jest problemem czysto teoretycznym. Pragnienie szczęścia jest jedną z największych sił, która kieruje życiem człowieka. Z tego powodu sposób życia człowieka jest uzależniony od tego, jak człowiek pojmuje swoje szczęście. Jeżeli nasze przekonanie będzie błędne, nasz wysiłek nie tylko będzie daremny, ale także jego skutek może być odwrotny do oczekiwanego.

Ponieważ w czasach Jezusa ludzie myśleli błędnie, że choroba i bieda uniemożliwia człowiekowi osiągnięcie szczęścia, natomiast zdrowie i bogactwo gwarantuje człowiekowi osiągnięcie szczęścia, oparty na tym przekonaniu wysiłek, powodował skutek odwrotny do oczekiwanego. Ich wysiłek nie przybliżał ich do upragnionego szczęścia, ale oddalał ich od tego celu.

 

Jednakże czy ten błąd popełniali tylko ludzie współcześni Jezusowi?

Czy nie popełnia go wielu ludzi żyjących dzisiaj?

Czy przypadkiem my sami nie popełniamy podobnego błędu?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy najpierw poznać to, co rzeczywiście uważamy za źródło szczęścia. W tym celu musimy popatrzeć się na nasze własne życie, a szczególnie na nasze konkretne decyzje oraz wybory.

Jakie pragnienia lub jakie cele ujawniają moje decyzje oraz wybory?

Co pragnę zdobyć, a co uniknąć, poprzez te wybory i decyzje?

Czy w dokonywaniu wyborów i podejmowaniu decyzji, kieruję się nauką Jezusa?

A może kieruję się przekonaniami ludzi, którzy nie znają Jezusa, którzy całą swoją nadzieję pokładają w swoim zdrowiu w swojej sile oraz w posiadanym bogactwie?

 

Módlmy się o to, abyśmy zarówno w zdrowiu, jak i w chorobie, zarówno w biedzie, jak i w bogactwie uznawali Boga za jedyne źródło szczęścia człowieka i zawsze byli otwarci na Jego błogosławieństwo.

Módlmy się także o to, abyśmy krocząc za Jezusem byli coraz bardziej napełniani radością i pokojem i ciągle zbliżali się do szczęścia, dla którego zostaliśmy stworzeni.

Czwarta Niedziela zwykła (rok c)

Dzisiejsza Ewangelia jest kontynuacją fragmentu Ewangelii, który usłyszeliśmy tydzień temu, a w którym Jezus, w Synagodze w Nazarecie czytał fragment proroctwa Izajasza. Dla lepszego zrozumienia dzisiejszej Ewangelii warto przypomnieć sobie ten cytat.

«Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana».” (Łk4,18-19)

Myślę, że słowa te wyrażają pragnienia wszystkich ludzi. Każdy człowiek chce być raczej radosny niż smutny, raczej widzieć, niż nie widzieć, czy też inaczej być w stanie odróżnić to, co mu szkodzi, od tego, co go ożywia i uszczęśliwia. Każdy pragnie być raczej wolnym niż zniewolonym, raczej otrzymać błogosławieństwo niż przekleństwo.

Niewątpliwie mieszkańcy Nazaretu, także mieli takie pragnienia. Dlatego też słowa, które przeczytał Jezus, a szczególnie stwierdzenie, że te słowa zostały zrealizowane właśnie dziś, wzbudziły olbrzymią nadzieję i napełniły ich serca radością. Konsekwentnie uznali te słowa za pełne łaski i chwalili Jezusa.

Jednak, kiedy dostrzegli, że Jezus stwierdził, że te słowa proroka spełniają się w Nim samym, co znaczyło, że Jezus ogłosił się Mesjaszem, wyrazili swoją niewiarę w to, że syn cieśli, który wychował się wśród nich i którego dobrze znali, może być rzeczywiście Mesjaszem.

Posługując się przykładami z historii Izraela, Jezus zaczął ujawniać ich zatwardziałość, brak gotowości na przemianę życia. Jezus nie wypowiedział tych słów w tym celu, aby urazić mieszkańców Nazaretu, ale po to, aby oni uświadomili sobie swój własny problem, aby uświadomili sobie, jak bardzo ich własne oczekiwania i wyobrażenia zamykają ich serca na działanie Boga. W ten sposób Jezus zaczął realizować tą obietnicę Boga, czyli zaczął czynić to, czego oni w głębi serca pragnęli.

Bóg ma wspaniały plan wobec każdego człowieka. Jednak, aby mógł zrealizować ten plan, konieczne jest, aby człowiek otworzył swoje serce i pozwolił Bogu działać w swoim własnym życiu.

Otworzenie swojego serca wobec Boga oznacza uznanie prawdy, że Bóg wie lepiej ode mnie, co ja potrzebuję do tego, aby zostać w pełni szczęśliwym, że Bóg wie także lepiej niż ja, co i kiedy należy uczynić, abym mógł osiągnąć szczęście.

Przyjęcie Bożego działania oznacza rezygnację ze swoich własnych planów i przyjęcie planu Boga, jak również rezygnację ze swoich własnych oczekiwań oraz wyobrażeń odnośnie sposobu realizacji planu Boga i podjęcie współpracy z działaniem Boga, na tyle na ile pozwolą mi na to moje ograniczone siły.

Aby człowiek mógł otworzyć swoje serce i przyjąć działanie Boga, musi poznać miłość Boga, wspaniałość Jego planu wobec człowieka, ale także musi poznać ograniczoność swoich własnych planów, musi poznać swoje własne słabości oraz zniewolenia, jak również bezpodstawność lub fałszywość swoich własnych oczekiwań wobec Boga. Jednym słowem potrzebne jest prawdziwe nawrócenie.

Jezus ukazał problem mieszkańców Nazaretu właśnie po to, aby doprowadzić ich do nawrócenia, tak, aby obietnica Boga mogła zostać spełniona w ich życiu. Ta wyzwalająca prawda musiała być dla nich bardzo bolesna. Dlatego też odczuli złość wobec tego, który tą prawdę wyraził. Jednak, zamiast zrobić to, co było dla nich najlepsze, czyli przyjąć tą prawdę i nawrócić się, ulegli swojej złości i usiłowali zabić Jezusa, aby już więcej nie słyszeć z Jego ust bolesnej prawdy o sobie.

Możemy być pewni, że Jezus, który z miłości do nas poświęcił swoje życie, zawsze czyni to, co jest dla nas najlepsze. Możemy być pewni, że zawsze prowadzi nas drogą, która jest dla nas najlepsza. Jednak bardzo często, ani to działanie Jezusa, ani droga, którą nam wskazuje, nie są zgodne z naszymi planami, ani nawet nie są zgodne z naszymi oczekiwaniami wobec Jezusa.

Dlatego też, jeżeli będziemy szli za Jezusem jedynie w tym celu, aby realizować swoje osobiste plany, to z całą pewnością doświadczymy taki zawód, jaki doświadczyli mieszkańcy Nazaretu.

Możliwe, że w przeciwieństwie do mieszkańców Nazaretu nie wyrazimy otwarcie swojego gniewu i nie wyrzucimy Go ze swojego życia. Jeżeli jednak przestaniemy Mu ufać i przestaniemy iść drogą, którą On nam wskazuje, to możemy być pewni, że nie doświadczymy ani pełnego uzdrowienia, ani wyzwolenia, a plan Boży wobec nas, który jest całkowicie zgodny z naszymi najgłębszymi pragnieniami, nigdy nie zostanie zrealizowany.

Módlmy się o to, abyśmy zaufali Jezusowi bardziej niż naszym własnym pragnieniom, planom, oczekiwaniom, czy też wyobrażeniom i zawsze mogli iść drogą, którą wskazuje nam Jezus.

Módlmy się także o to, aby Jezus wyzwolił nas ze wszystkich zniewoleń, abyśmy mogli żyć zgodnie z najgłębszym pragnieniem naszego serca i mogli dzielić się naszą miłości i nadzieją, naszą radością i pokojem ze wszystkimi napotkanymi ludźmi.

Trzecia Niedziela zwykła (rok c)

Dzisiejsze czytania przypomniały mi pewne trudności, które przeżywałem, jako nastolatek. Pomimo, że byłem ochrzczony, jako niemowlę i odkąd mogę pamiętać zawsze byłem katolikiem, właściwie dopiero w wieku mniej więcej 16 lat zacząłem interesować się chrześcijaństwem. W tym czasie zacząłem czytać Pismo Święte oraz różne książki dotyczące chrześcijaństwa. Byłem oczarowany wieloma nowymi odkryciami dotyczącymi naszej wiary, ale przez długi czas męczył mnie pewien zarzut przeciw chrześcijaństwu, który spotkałem w jednej z czytanych książek. W dużym uproszczeniu był to mniej więcej taki zarzut:

“Powszechnie uważa się, że chrześcijaństwo jest religią miłości i rzeczywiście Kościół, jako organizacja, jak również wielu indywidualnych chrześcijan na przestrzeni wieków czynili i ciągle czynią wiele dobra dla społeczeństwa, czynią wiele dzieł miłosierdzia. Jednak czynią to wszystko jedynie po to, aby otrzymać nagrodę w niebie, aby uzyskać zbawienie. Wobec tego chrześcijaństwo nie jest religią miłości, ale jest religią egoizmu. ”

Intuicyjnie byłem przekonany, że to oskarżenie nie może być prawdziwe, że chrześcijaństwo rzeczywiście jest religią miłości. Niestety, na co dzień wielu katolików, których znałem potwierdzało swoim życiem raczej prawdziwość tego oskarżenia. Wielu z nich chodziło do kościoła, jedynie dlatego, że był taki nakaz. Starali się także przestrzegać różne inne przykazania i nakazy kościelne przede wszystkim z obawy przed karą, która mogłaby ich spotkać za złamanie przykazań, za popełnienie grzechu. Byli także przekonani, że przez tego rodzaju posłuszeństwo zdobędą zasługi, dla których Bóg będzie im błogosławił, i na końcu życia obdarzy ich nagrodą w postaci życia wiecznego. Większość bardzo się starała i byli naprawdę bardzo dobrymi ludźmi. Dla zdobycia radości wiecznych rezygnowali z wielu radości doczesnych. Osobiście wcale nie wątpię, że ci, którzy tak żyli i już umarli poszli do nieba i rzeczywiście mają udział w tych wiecznych radościach, które pragnęli. Jednak mam wątpliwości, co do tego, czy byli oni szczęśliwi za życia? Czy ludzie, którzy obecnie praktykują taki rodzaj religijności są szczęśliwi? Czy taka religijność nie zniewala ludzi, czy nie zabiera im radości godnych życia ludzkiego? Czy takie życie jest rzeczywiście chrześcijańskim? Czy jest to sposób życia, jaki pragnie dla nas Jezus?

W dzisiejszym czytaniu Jezus mówi nam o swojej misji i jednocześnie objawia nam, w jaki sposób pragnie zmienić nasze życie. Jezus przyszedł po to, aby “ubogim nieść dobrą nowinę, więźniom głosić wolność, niewidomym przejrzenie, aby uciśnionych odsyłać wolnymi, aby obwoływać rok łaski od Pana”. Innymi słowami Jezus przyszedł po to, aby wyzwolić nas od różnych zniewoleń, począwszy od naszych zniewoleń osobistych, poprzez zniewolenia narzucone nam przez inne osoby, różne instytucje społeczne oraz instytucje religijne, aż do zniewoleń, które wynikają z naszego błędnego pojęcia Boga, z naszej niewłaściwej relacji do Niego. Jezus pragnie nas wyzwolić ze wszystkich tych zniewoleń, gdyż tylko wtedy, gdy staniemy się naprawdę wolnymi, będziemy zdolni do bezwarunkowej miłości, będziemy zdolni do przyjęcia największego daru, jakim Jezus pragnie nas obdarzyć, do przyjęcia Jego samego. Jezus pragnie, abyśmy już teraz głęboko się z Nim związali, abyśmy już teraz mieli udział w radościach życia wiecznego, abyśmy już teraz byli szczęśliwi. Z całą pewnością nie chce, abyśmy usiłowali zdobyć szczęście wieczne kosztem prawdziwego szczęścia doczesnego.

Jezus pragnie nas wyzwolić i ma siłę, aby to uczynić, jednak nie może uczynić tego bez naszej zgody, nie może uczynić tego wbrew naszej woli. Dlatego też ważnym pytaniem, które stawia nam dzisiejsza Ewangelia jest to, czy rzeczywiście pragniemy tej wolności, którą przynosi nam Jezus, czy zgadzamy się na to, aby Jezus odmienił nasze życie?

Mogłoby się wydawać, że każdy pragnie wolności, że każdy pragnie przyjąć dar, który ofiaruje nam Bóg. Mogłoby się wydawać, że przynajmniej każdy chrześcijanin pragnie głębszej więzi, mocniejszej zażyłości z Jezusem. Ale czy tak jest rzeczywiście?

Możliwe, że czasami czujemy się zniewoleni pewnymi układami, w których żyjemy, że czasami nasz mały światek, który z takim wysiłkiem urządziliśmy sobie, wydaje się bardzo ciasny i niewygodny, że przynajmniej czasami odczuwamy pragnienie wyzwolenia się z tego wszystkiego. Ale czy tak naprawdę nie boimy się utracić tego unormowanego, ustabilizowanego życia, które tak dobrze znamy? Czy nie boimy się pewnej niepewności i ryzyka, które ze sobą przynosi takie wyzwolenie? Czy nie obawiamy się wolności i odpowiedzialności, która jest z nią związana?

Najprawdopodobniej niejednokrotnie pragnęliśmy bliskości Jezusa, pragnęliśmy żyć w dużej zażyłości z Jezusem. Ale czy tak naprawdę nie obawiamy się tego? Czy nie czujemy się znacznie wygodniej i bezpieczniej, gdy Jezus zachowuje pewien dystans, gdy pozostaje na ołtarzu w kościele, gdy zbytnio nie miesza się do naszego codziennego życia, a my możemy iść na spotkanie Jezusa wtedy, kiedy mamy na to ochotę? Czy nie obawiamy się tego, że gdybyśmy Go przyjęli, gdybyśmy otworzyli się na Niego, to On odmieniłby nasze życie całkowicie, że przejąłby inicjatywę, że już nie bylibyśmy w stanie sami planować sobie życia, że nie bylibyśmy w stanie manipulować ani Jezusem, ani Bogiem?

Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami więcej pytań, niż odpowiedzi. Jednak myślę, że warto podjąć próbę odpowiedzi na te pytania.

Aby Jezus mógł nas uleczyć, aby mógł nas wyzwolić, musimy najpierw zdać sobie sprawę z naszych własnych zniewoleń i z tego jak bardzo nas one ograniczają i unieszczęśliwiają. Dopiero, gdy zaufamy Jezusowi i będziemy mieli odwagę pragnąć więcej, gdy będziemy mieli odwagę przyjąć dar wolności, słowa Pisma Świętego, które czytamy dzisiaj, spełnią się w naszym życiu. Amen.

Druga Niedziela zwykła

W czasach Jezusa na wesele zapraszani byli wszyscy mieszkańcy danej miejscowości. A wesele to trwało przez kilka dni. Dlatego też rodzina Pana lub Pani młodej, aby przygotować takie wesele, musiała często pożyczać pieniądze na zakup wystarczającej ilości jedzenia i picia.

Takie wesele było wyrazem wdzięczności państwa młodych dla całego społeczeństwa, które wspierało ich do tej pory, ale także miało wykazać zdolność nowej rodziny do spełniania swoich społecznych obowiązków.

Dostarczenie odpowiedniej ilości wina było obowiązkiem pana młodego. Fakt, że na weselu, w którym uczestniczył Jezus, zabrakło wina, oznacza, że pan młody nie spełnił tego obowiązku. Gdyby to wyszło na jaw, pan młody zostałby uznany za człowieka nieodpowiedzialnego, który nie jest w stanie spełnić swoich obowiązków wobec społeczeństwa oraz swojej nowej rodziny. Ten ślub mógłby zakończyć się nawet rozwodem, czyli rozpadem nowopowstałej rodziny. Z tego powodu brak wina był dla pary młodej wielkim problemem, który zagrażał istnieniu dopiero co powstałej rodziny

Dostarczając brakującego wina, Jezus uratował honor pana młodego oraz uratował nową rodzinę. Dzięki Jezusowi wesele mogło zakończyć się szczęśliwie. Nowe małżeństwo mogło rozpocząć swoje nowe życie rodzinne, a na dodatek mogło być wspierane wdzięcznością uczestników ich wesela.

Jednak poprzez cud przemiany wody w wino, Jezus nie tylko uratował młodą rodzinę, ale także ukazał swoją chwałę. Cud ten był znakiem, który ukazywał tożsamość Jezusa oraz Jego misję.

Aby odczytać ten znak musimy spojrzeć na to wydarzenie w kontekście całej Historii Zbawienia.

Najważniejszym momentem w tej historii było zawarcie przez Boga i Izraelitów przymierza na górze Synaj. Od tego momentu, Bóg stał się Bogiem Izraela, a Izrael stał się ludem Boga. Oparta na tym przymierzu relacja Boga i narodu Izraelskiego była porównywana do relacji małżonków. W Starym Testamencie Bóg Jahwe jest często ukazywany, jako Pan Młody, a Izrael, jako panna młoda.

Niestety Izraelici niejednokrotnie łamali przymierze, zdradzali zaufanie Boga, odchodzili od Niego i oddawali cześć różnym bożkom. Prorocy porównywali niewiernego Izraela, do żony, która zdradzała męża.

Także w czasach Jezusa, relacja między Bogiem, a Izraelem przypominała relację męża i zdradzającej go kobiety. Jezus wyraża tą relację następującymi słowami: „Obłudnicy! Słusznie prorokował o was Izajasz: Lud ten czci mnie wargami, lecz swoim sercem daleko jest ode mnie.” (Mt 15,7-9). Związek Izraelitów z Bogiem był tylko formalny. Nie był żywy. Nie był źródłem życia.

Brak wina na weselu w Kanie obrazował właśnie tą relację. Jeszcze wszystko wydawał się być w porządku. Patrząc się na życie Świątyni można było odnieść wrażenie, że Izraelici są wierni i żyja w dobrej relacji z Bogiem. Jednak w rzeczywistości relacja Izraelitów z Bogiem była prawie martwa, istniało realne niebezpieczeństwo tragicznego zakończenia tej relacji. Izrael zmierzał ku całkowitemu odejściu od Boga na całą wieczność. W rzeczywistości zagrożona była nie tylko więź Izraelitów z Bogiem, ale także więź całej ludzkości z Bogiem.

Poprzez spełnienie obowiązku pana młodego i uratowanie młodej rodziny Jezus ukazał, że przyszedł na ten świat w tym celu, aby uratować związek człowieka z Bogiem, a co więcej, aby doprowadzić tą relację do doskonałości.

Jezus spełnił swoją misję poprzez ukazanie ludziom bezwarunkowej miłości Boga do ludzi, jak również poprzez ofiarowanie Bogu swojej ludzkiej miłości. Niedoskonałej uczynił to na krzyżu wśród cierpienia, kiedy doświadczał największej niesprawiedliwości, kiedy człowiek dokonywał największego zła. Właśnie z tego powodu, krzyż, który był miejscem, gdzie została przelana krew Jezusa i gdzie Jezus został zamordowany, stał się miejscem, gdzie dokonało się nasze pojednanie z Bogiem. Krzyż stał się miejscem, gdzie zostało zawarte nowe i wieczne przymierze między Bogiem i całą ludzkością. Od tego momentu zaczęła się nowa era, w której każdy człowiek może stać się obywatelem Królestwa Bożego, czyli może żyć w serdecznej relacji z Bogiem.

Msza święta, w której teraz uczestniczymy, jest pamiątką tego Nowego i Wiecznego Przymierza. Msza święta jest także miejscem, gdzie rzeczywiście realizuje się to, co Jezus symbolicznie ukazał w Kanie Galilejskiej. Podczas Mszy Świętej Jezus Chrystus przemienia wino w swoją własną krew, a chleb w swoje własne Ciało. Następnie poi nas swoją Krwią i karmi swoim Ciałem i w ten sposób obdaruje nas Boskim Życiem, pogłębia naszą relację z Bogiem Ojcem, daje nam siłę, dzięki której możemy żyć w tym świecie, jako obywatele Królestwa Bożego, jako dzieci Boga.

Módlmy się o to, aby wszyscy chrześcijanie, którzy poprzez chrzest stali się uczestnikami Nowego i Wiecznego Przymierza, wzmocnieni i ożywieni Ciałem i Krwią Jezusa, żyli zgodnie z Jego nauką i przykładem Jego życia i byli w stanie ofiarować siebie Bogu i kroczyć ku pełni życia wiecznego.

Uroczystość Objawienia Pańskiego

Kiedy Mędrcy ze Wschodu odczytali dany przez Boga znak i poznali, że urodził się Mesjasz, który był zapowiedziany przez starotestamentowym proroków, bardzo się ucieszyli i wyruszyli w daleką podróż, aby oddać hołd nowonarodzonemu. Jednak, kiedy podzielili się tą informacją z królem Herodem, jego reakcja była całkowicie odmienna. Informacja ta nie wzbudziła w nim radości, tylko lęk. Nie chciał oddać hołdu nowonarodzonemu, tylko usiłował Go zabić.
Dlaczego ta sama wiadomość wzbudza w ludziach tak odmienne uczucia, dlaczego reakcje ludzi są tak skrajnie różne?

Życiem człowieka kierują zasadniczo dwie siły. Jedną z tych sił są nasze pragnienia, natomiast drugą lęki. Pragnienie czegoś wypływa z przekonania, czy też z odczucia, że to coś jest dobre lub konieczne dla mnie, lub też ewentualnie dla innej osoby, na której dobru mi zależy. To pragnienie mobilizuje mnie do wysiłku w celu zdobycia tego czegoś.
Lęk natomiast, jest istotnym elementem naszego systemu samoobronnego, jest sygnałem ostrzegawczym, który pobudza człowieka do reakcji na zbliżające się niebezpieczeństwo. Pod wpływem lęku mogę podjąć ucieczkę od źródła niebezpieczeństwa lub też podjąć próbę jego zniszczenia.
Myślę, że każdy człowiek niejednokrotnie doświadczył, że nie zawsze to, co pragniemy jest rzeczywiście dobre. Często pragniemy czegoś, co tylko wydaje się dobre i dopiero, kiedy to coś zdobędziemy, przekonujemy się o tym, że to wcale nie jest dobre, że zdobycie tego czegoś nie przyniosło nam korzyści, ale raczej wyrządziło nam szkodę.
Podobnie jest z lękami. Niejednokrotnie zdarza się, że lękamy się czegoś, co wcale nie jest dla nas niebezpieczne. Niektóre fałszywe lęki powodują, że unikamy lub nawet niszczymy to, co jest dla nas dobre.

Jeżeli chcemy uniknąć tego rodzaju pomyłek, powinniśmy być świadomi tego, że nie możemy całkowicie ufać naszym pragnieniom oraz lękom. Powinniśmy także ciągle poznawać do jest rzeczywiście dobre, a co złe, czy też niebezpieczne, czyli co jest warte pragnienia, a czego powinniśmy się lękać.
Ponieważ poznanie człowieka jest bardzo ograniczone i niejednokrotnie dochodzi on do błędnych wniosków, potrzebuje pomocy, potrzebuje kogoś, kto wskazałby mu to, co jest warte pragnienia, oraz to, czego należy się lękać.

Takich przewodników nie musimy właściwie szukać. Jest wielu chętnych, którzy chcą poprowadzić człowieka. Codziennie, na różne sposoby różni ludzie usiłują nas prowadzić mówiąc nam, co powinniśmy pragnąć, a czego powinniśmy się lękać. Wszyscy oni są tak samo ograniczeni jak my sami, a wielu próbuje po prostu nas oszukać i wykorzystać naszą słabość dla własnego pożytku. Musimy być bardzo ostrożni. Musimy uważać, komu ufamy, i za czyim przewodnictwem kroczymy.
Bóg, także pragnie nas prowadzić. Jednak w odróżnieniu do ludzi jest On wszechwiedzący i nieomylny, a co więcej jest prawdomówny i pragnie jedynie naszego szczęścia. Jest jedyną Osobą, której możemy w pełni zaufać, której możemy zawierzyć nasze życie. Jednak także tutaj istnieje pewien problem. Problem z Bogiem polega na tym, że w przeciwieństwie do krzykliwych ludzi, szanuje On naszą wolną wolę i nie chce nami manipulować, nie chce nas do niczego zmuszać. Chce, abyśmy Jego prowadzenie przyjęli w całej wolności. Najprawdopodobniej z tego właśnie powodu, Jego głos jest bardzo delikatny i potrzeba dużej otwartości, dobrej woli i pragnienia poznania, aby go dosłyszeć.
Mędrcy, o których dzisiaj usłyszeliśmy w Ewangelii, są przykładem ludzi, którzy nie tylko poszukują znaków, jakie daje Bóg, ale także postępują zgodnie z usłyszanym wezwaniem Boga.

Z kolei Herod jest przykładem ludzi, którzy są zamknięci na znaki Boga. Herod nie zauważył znaku, pomimo, że był on widoczny na niebie i każdy mógł go dostrzec. Kiedy Mędrcy ukazali mu ten znak i wytłumaczyli jego znaczenie, Herod nie miał wątpliwości, co do jego prawdziwości. Jednak zamiast uradować się z narodzenia Mesjasza, poczuł się zagrożony i postanowił Go zniszczyć. Herod był zaślepiony posiadaną władzą. Był niesamowicie przywiązany do swojego bogactwa, do swoich przywilejów i wygodnego życia. Był całkowicie przekonany, że to, co posiada jest czymś najbardziej wartościowym, że musi tego bronić za wszelką cenę. Nie brał pod uwagę możliwości własnej pomyłki. Nie zastanawiał się nad tym, czy może istnieje coś bardziej wartościowego. Z tego powodu był absolutnie posłuszny swoim własnym, błędnym pragnieniom i bezpodstawnym lękom. Pomimo posiadania ogromnej władzy był niewolnikiem swoich żądz oraz lęków. Rezultatem takiego życia było cierpienie i śmierć wielu osób, a ostatecznie straszliwa śmierć samego Heroda.
Bóg pragnie nas ciągle prowadzić i daje znaki także dzisiaj. Jednak abyśmy osiągnęli cel naszego życia, czyli, aby nasze życie zostało przemienione zgodnie z wolą Boga, nie wystarczy Jego obecność, ani nawet Jego działanie. Potrzebna jest nasza otwartość na Jego znaki oraz gotowość do postępowania zgodnie z Jego wezwaniem.
Módlmy się o to, abyśmy nie ufali ślepo naszym pragnieniom oraz lękom, abyśmy zdołali uniknąć błędu Heroda i podobnie jak Mędrcy, byli zawsze otwarci na znaki Boga i byli zawsze gotowi żyć zgodnie z Jego Słowem.