Druga Niedziela Wielkiego Postu

W czasach Abrahama wszyscy ludzie pragnęli posiadać liczne potomstwo. Posiadanie licznego potomstwa było oznaką błogosławieństwa Boga. Kiedy Bóg objawił się Abrahamowi, obiecał udzielić mu tego błogosławieństwa i spełnić jego największe pragnienie. Bóg postawił jeden warunek. Abraham miał opuścić Ur, w którym mieszkał i udać się w kierunku, który Bóg mu wskaże.

Ur było miastem, w którym Abraham urodził się i wychował. Było miejscem, w którym Abraham miał urządzone życie, gdzie miał zabezpieczoną przyszłość. Najprawdopodobniej takie ustabilizowane życie było drugim największym pragnieniem Abrahama. Aby spełnić swoje pragnienie posiadania licznego potomstwa, Abraham zdecydował się na zrezygnowanie z zaspokojenia swojego mniejszego pragnienia.

Abraham zaufał Bogu zostawił swoje dotychczasowe życie za sobą i wyruszył w podróż w kierunku, który wskazał mu Bóg. Bóg nie tylko spełnił swoją obietnicą, ale uczynił to w sposób, który przekraczał wyobrażenie oraz oczekiwanie Abrahama

Życie Abrahama obrazuje życie każdego człowieka. Nasze życie jest pielgrzymką. Nasze życie na cel, który wyznaczył nam nasz Stwórca. Aby ten cel osiągnąć musimy nauczyć się opuszczać miejsca, które polubiliśmy, do których się przyzwyczailiśmy, w których czujemy się bezpiecznie, ale które nie są celem naszego życia.

W liście do Filipian, którego fragment przed chwilą usłyszeliśmy, święty Paweł mówi o celu życia człowieka, w następujący sposób:

„Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone w podobne do swego chwalebnego ciała.”

Ponieważ ta „ojczyzna” to, Królestwo Boże, czyli uczestniczenie w życiu i miłości samego Boga, św. Paweł poucza nas, że celem naszego życia jest życie w takiej rzeczywistości, w jakiej żyje Jezus Chrystus, a co więcej, jest stanie się takim, jakim jest Jezus.

Z tego powodu możemy powiedzieć, że poznając Jezusa, poznajemy zamysł Boga wobec każdego z nas, poznajemy cel naszego życia, poznajemy przyszłość, którą Bóg przygotował dla każdego z nas.

Kiedy Piotr Jakub i Jan zobaczyli prawdziwą postać Jezusa, zostali tak bardzo zauroczeni, że pragnęli trwać w tym stanie nieustannie. Podobnie my, im lepiej poznamy Jezusa, tym bardziej będziemy Nim zauroczeni, a nasze pragnienie bycia z Jezusem oraz pragnienie stania się takimi, jakim jest Jezus, będzie coraz większe i mocniejsze.

Myślę, że każdy z nas wie, w jaki sposób możemy poznać Jezusa. Ale, jak możemy dojść do wyznaczonego nam przez Boga celu? W jaki sposób możemy uczestniczyć w życiu i miłości Boga? Jak możemy upodobnić się do Jezusa Chrystusa?

Słowa, które Bóg skierował do trzech Apostołów: „To jest mój Syn. Jego słuchajcie!” są odpowiedzią na te pytania. Aby osiągnąć cel naszego życia, musimy słuchać Jezusa.

Słuchanie Jezusa oznacza naśladowanie Jego życia oraz realizowanie jego nauki we własnym życiu. Poprzez kroczenie drogą, którą Jezus wskazuje nam własnym życiem oraz swoją naukę, będziemy przybliżali się do celu naszego życia, czyli będziemy coraz pełniej uczestniczyć w życiu i miłości Boga, oraz będziemy coraz bardziej upodabniali się do Jezusa.

Módlmy się o łaskę olbrzymiego zaufania i wielkiej miłości do Jezusa, tak abyśmy byli w stanie opuścić miejsca lub rzeczy, które dają nam poczucie stabilności, poczucie bezpieczeństwa, czy też poczucie szczęścia i kroczyć drogą, którą wskazuje nam Jezus.

Módlmy się także o to, abyśmy poprzez życie z Jezusem, oraz życie na wzór Jezusa, coraz bardziej upodabniali się do Niego i abyśmy swoim życiem ukazywali coraz wyraźniej oblicze Jezusa innym ludziom, a przez to, abyśmy ukazywali im cel ich życia i wzbudzali w nich pragnienie kroczenia za Jezusem i zmierzania ku celowi, który wyznaczył nasz Stwórca.

Pierwsza Niedziela Wielkiego Postu (rok C)

Dzisiejsza Ewangelia, która opisuje kuszenie Jezusa, wzywa nas do zreflektowania się nad motywacją, czy też celem naszych czynów, oraz nad kryterium, jakim kierujemy się przy podejmowaniu decyzji i dokonywaniu wyborów.

Jedną z podstawowych sił, które kierują naszym działaniem są nasze pragnienia. Innymi słowy celem większości naszych czynów jest zaspokojenie własnych pragnień lub też żądz. Najprawdopodobniej dzieje się tak, ponieważ wielu ludzi jest przekonanych, ze poprzez zaspokojenie własnych pragnień osiągnie szczęście.

Czy człowiek naprawdę może osiągnąć szczęście poprzez zaspokajanie własnych pragnień?

Bardzo często pragniemy tego samego, co pragną inni ludzie. Dlatego też, w celu zaspokojenia własnego pragnienia niejednokrotnie musimy rywalizować z innymi ludźmi. Bardzo często sukces jednych ludzi oznacza klęskę innych. Aby nie przegrać w tej rywalizacji człowiek zdobywa różne siły, takie jak na przykład siła fizyczna, wykształcenie, bogactwo, pozycja społeczna.

Rywalizacja ta nie zawsze jest uczciwa. Ludzie oszukują jedni drugich. Usiłują wykorzystać innych do osiągnięcia swoich własnych celów, a nawet zniszczyć swoich rywali. Oparte na sile relacje międzyludzkie zawsze dzielą ludzi, doprowadzają do konfliktów, kłótni, wojen oraz innych cierpień, a nawet do śmierci ludzi tak po jednej jak i po drugiej stronie konfliktu.

Z całą pewnością usiłowanie zaspokojenia własnego pragnienia za wszelką cenę nie pomaga w osiągnieciu szczęścia, a wprost przeciwnie bardzo często uniemożliwia prowadzenie szczęśliwego życia.

Ale jest jeszcze jeden bardzo duży problem związany z kierowaniem się w swoim życiu pragnieniami i żądzami.

Człowiek został stworzony w tym celu, aby żyć w miłości. Jak długo człowiek nie będzie żył w miłości nie będzie w pełni szczęśliwy.

Jednakże miłość nie jest rywalizacją, ale wspieraniem drugiego człowieka.

Miłość nie jest władaniem drugim człowiekiem, ale służeniem drugiemu człowiekowi.

Miłość nie jest wykorzystywaniem drugiego człowieka, ale dzieleniem się z nim własnym dobrem, a nawet życiem.

W świecie, w którym ludzi usiłują przede wszystkim zaspokoić własne pragnienia, w świecie gdzie relacje międzyludzkie opierają się na sile, miłość wydaje się być cechą, która osłabia człowieka. W rzeczywistości człowiek, który żyje miłością nie jest w stanie zaspokoić wielu swoich pragnień, ani też nie jest w stanie zrealizować wielu z zamierzonych celów.

Syn Boży przeszedł na ten świat w tym celu, aby umożliwić ludziom życie w miłości oraz aby przemienić nasz świat w Królestwo Boże, czyli w rzeczywistości, w której panuje miłość. Zanim Jezus rozpoczął realizowanie swojej misji, był kuszony do tego, aby dostosował się do porządku, jaki panuje na świecie. Był kuszony do tego, aby podobnie, jak inni ludzie zmierzał do swego celu w oparciu o swoją siłę. Jezus odrzuca wszystkie te pokusy. Decyduje się na realizacji swojej misji jedynie w oparciu o wolę Boga, który nie pragnie niczego innego jak miłowania.

Jezus był wierny tej decyzji i całym swoim życiem, każdym słowem i czynem ukazywał piękno i wspaniałość Miłości Boga. W ten sposób pociągał wielu ludzi do Boga, do życia miłością.

Takie życie Jezusa było olbrzymim wyzwaniem dla porządku społecznego, ponieważ wyzwalało ludzi z pod władzy tych, którzy byli w tym społeczeństwie najmocniejsi.

Oczywiście ludzie, którzy posiadali władzę nie chcieli dopuścić do jej utraty. Dlatego też niemalże od samego początku prześladowali Jezusa, a ostatecznie aresztowali Go, umęczyli i zabili.

Odrzucenie Jezusa oraz Jego krzyżowa śmierć była wielką niesprawiedliwością oraz wielkim złem. Niewątpliwie dla Jezusa był to nie tylko moment wielkiego cierpienia, ale także moment wielkiej pokusy, aby skierować swoją siłę przeciwko tym, którzy dopuścili się tego zła. Jednak, dzięki temu, że Jezus był wierny swojej decyzji życia w miłości ufając jedynie Bogu, przemienił to zło w okazję do pełnego ukazania mocy miłości.

Swoją wiernością Jezus ukazał, że miłość jest mocniejsza od niesprawiedliwości oraz od zła, które wyrządza człowiek. Swoim zmartwychwstaniem Jezusa ukazał, że miłość jest mocniejsza nawet od śmierci. W ten sposób Jezus ukazał także, że żadna siła nie jest w stanie powstrzymać Bożego planu realizacji Królestwa, w którym relacje między ludźmi nie będą opierać się na sile, ale na miłości.

Módlmy się o to, abyśmy, ciągle wzrastali w miłości poprzez coraz mocniejsze zaufanie Bogu.

Módlmy się także o to, abyśmy żyjąc na wzór Jezusa tworzyli wspólnotę, w której relacje między ludźmi nie będą oparte na sile, ale na miłości i abyśmy w ten sposób realizowali misję, którą otrzymaliśmy od Boga.

Środa Popielcowa

Jak co roku na początku Wielkiego Postu posypujemy nasze głowy popiołem. Popiół sam z siebie nie jest niczym szczególnym i nie posiada żadnej mocy, ale posiada bardzo bogatą symbolikę.

Popiół przypomina nam prawdę o świecie, w którym żyjemy oraz prawdę o nas samych. Bez obecności Boga, naszego Stwórcy, cały ten świat nie miałby większej wartości niż popiół. Podobnie człowiek. Niezależnie od tego, jaki jest wspaniały, niezależnie od tego ile posiada siły, wiedzy, mądrości, czy też bogactwa, bez pomocy Boga każdy bez wyjątku człowiek, wcześniej, czy później zamieniłby się w proch i przestałby istnieć. Czyli skończyłby jak odłączona od winnego krzewu gałąź, która nie wydaje owocu i po wrzuceniu do ognie staje się popiołem.

W przeciwieństwie do ognia, który jest symbolem miłości, wygasły popiół nie grzeje, nie oświeca, nie oczyszcza. Popiół pokazuje nam to, co z nas zostanie, gdy wygaśnie w nas miłość.

Przez 40 dni Wielkiego Postu mamy się przygotować do świętowania Tajemnicy Paschalnej po to, aby ostatecznie mieć w Niej udział. Z tego powodu Wielki Post jest czasem rozważania Męki i Śmierci naszego Zbawiciela. Poprzez swoją Mękę i Śmierć na krzyżu Jezus najpełniej objawił nam Miłość Boga, która jest mocniejsza niż nasz grzech, która jest mocniejsza nawet od śmierci. Poprzez modlitewne rozważanie, coraz głębiej odczytujemy to objawienie, coraz lepiej poznajemy Miłość Boga, coraz bardziej otwieramy się na Nią i coraz pełniej Ją przyjmujemy.

Wielki Post jest także czasem uczynków miłości, postu, ofiary, modlitwy, czyli czasem dzielenia się otrzymaną miłością i wzrastania w tej miłości. Musimy ciągle starać się o wzrost naszej miłości do Jezusa, ponieważ miłość nigdy nie wygaśnie tylko wtedy, gdy ciągle wzrasta.

Ósma Niedziela zwykła (rok C)

Człowiek staje się chrześcijaninem, staje się uczniem Jezusa Chrystusa, przede wszystkim w tym celu, aby upodobnić się do Jezusa, aby stać się takim, jakim jest nasz Mistrz.

Z całą pewnością, upodobnienie się człowieka do Jezusa Chrystusa, jest owocem działania Ducha Świętego. Jednak każdy z nas musi współpracować z Jego działaniem. Bez tej współpracy, nawet Duch Święty, który jest Bogiem Wszechmogącym, nie będzie w stanie spełnić swojego zamiaru wobec nas.

Tym, co najbardziej utrudnia, czy wręcz uniemożliwia owocne działanie Ducha Świętego jest grzech człowieka. Dlatego bardzo ważne jest nasze nawrócenie、czyli nasze zerwanie z grzechem. To nawrócenie może być utrudnione przez wiele czynników, ale szczególnie mocno przez dwie skrajne postawy.

Pierwszą, jest przekonanie, że już stałem się takim, jak Jezus.

Drugą, jest niewiara w to, że mogę żyć bezgrzesznie. Czy też inaczej, niewiara w to, że rzeczywiście mogę żyć jak Jezus, że mogę stać się takim, jak Jezus.

Ludzie, którzy wierzą we własną doskonałość, przypominają Faryzeuszy, którzy pomimo tego, że ich serce było daleko od Boga, byli przekonani, że już są doskonali, że nie potrzebują nawrócenia. Bardzo często ludzie ci, krytykują innych ludzi. W ten sposób ukazują swoją pozorną sprawiedliwość i utwierdzają się w swoim błędnym przekonaniu. Dopóki człowiek nie pozna i nie uzna własnej grzeszności, nie ma nadziei na jego nawrócenie, nie ma nadziei na jego upodobnienie się do Jezusa.

Jednak samo poznanie swojej grzeszności, ani nawet samo postanowienie poprawy nie wystarcza. Nawet, jeżeli człowiek bardzo się stara, jest w stanie być wiernym swojej decyzji tylko przez pewien czas. Gdy doświadczy jakiejś frustracji lub innej przykrości wraca do starych grzechów. Na podstawie takiego doświadczenia może wyrobić w sobie przekonanie, że nie jest w stanie żyć bez grzechu. Taki człowiek, w celu osiągnięcia pewnego spokoju, bardzo często stosuje różne formy usprawiedliwienia, czy też racjonalizowania swojego grzechu. Często porównuje się do innych i utwierdza się w przekonaniu, że jego stan nie jest jeszcze taki zły.

Decyzja o zerwaniu z własnym grzechem jest bardzo ważna, ale to tylko początek. Nawrócenie jest procesem wyzwalania się z niewoli grzechu. Proces ten wymaga wysiłku, czasu, oraz wiele cierpliwości do samego siebie.

Jezus nie tylko wzywa nas do nawrócenia, ale także czyni nasze nawrócenie możliwym. Człowiek może uwolnić się od grzechu nie dzięki własnemu wysiłkowi, ale dlatego, że Jezus już zwyciężył grzech. Dlatego też w procesie uwalniania się spod władzy grzechu decydującą sprawą jest pogłębianie własnych więzów z Jezusem. W tym celu musimy obcować z żywym Jezusem, szczególnie poprzez uczestnictwo w sakramentach, wsłuchiwanie się w Słowo Boże, osobistą modlitwę, oraz poprzez wprowadzenie Słowa w czyn tyle, na ile pozwalają nam nasze siły. Ważne jest dostrzeganie owoców mojego działania zgodnego z nauką Jezusa, jak również, dostrzeganie we własnym życiu obecności oraz działania Jezusa. Jest to ważne, ponieważ to doświadczenie pogłębi nasze zaufanie do Jezusa i będzie naszą siłą w kontynuowaniu procesu nawrócenia.

Aby uwolnić się spod władzy grzechu musimy także poznawać siebie samych, szczególnie sposób działania grzechu w naszym życiu. Możemy to czynić poprzez odpowiadanie na następujące pytania.

Jakie są moje oczekiwania wobec mojego grzesznego czynu? Co chcę osiągnąć poprze ten grzech? Czego chcę uniknąć? Co w rzeczywistości osiągam? Czy jest to zgodne z moim oczekiwaniem, czy też jest czymś całkiem innym?

W jaki sposób grzech mnie oszukuje? Co mi daje, a co odbiera? Jak mnie rani? Jak mnie zniewala?

Jeżeli poznam swoje oczekiwania wobec grzechu, to będę mógł stwierdzi, że jest o to coś, co nie mogę zdobyć za pomocą grzechu, lub coś, czego w rzeczywistości wcale nie potrzebuję. A nawet, jeżeli poprzez grzech odnoszę pewne korzyści, to są one niczym w porównaniu ze stratami, czyli są całkowicie niewspółmierne do ceny, jaką za te korzyści muszę zapłacić. W ten sposób poznam całkowitą bezużyteczność grzechu, jak również jego wielką szkodliwość.

Nawet, jeżeli ponownie popełnię grzech, będę mógł potwierdzić prawdziwość swojego poznania i dokonać ponownego wyboru. Za każdym razem, kiedy odrzucę grzech i wybiorę Jezusa, moje oczekiwania wobec grzechu będą coraz słabsze, moja wolność będzie coraz większa.

Jeżeli podejmiemy ten wysiłek poznawania Jezusa oraz poznawania swojej grzeszności, niewątpliwie będziemy stawali się coraz lepszymi ludźmi. Jednak ta praca nie będzie w stanie przemienić nas całkowicie w Jezusa. Pomimo tego nie jest ona bezsensowna, ponieważ poprzez taki wysiłek nie tylko wspomagamy swój rozwój, ale przede wszystkim otwieramy nasze serca na działanie Ducha Świętego.

Ponieważ Duch Święty nie tylko pragnie przemienić nas w Jezusa, ale także ma potrzebną do tego moc, możemy być całkowicie pewni tego, że jeżeli tylko pozwolimy Duchowi Świętemu na działanie w nas to zostaniemy przemienieni i staniemy się tacy jak nasz Mistrz Jezus Chrystus. Możemy być pewni, że osiągniemy upragniony cel.

Siódma niedziela zwykła (rok C)

W dzisiejszej Ewangelii Jezus nakazuje nam kochać naszych nieprzyjaciół, kochać ludzi, którzy wyrządzają nam krzywdę.

Myślę, że jest wielu chrześcijan, którzy są przekonani, że nie są w stanie żyć zgodnie z tym nakazem Jezusa. Są przekonania, że miłość nieprzyjaciół jest niemożliwa.

Z własnego doświadczenia dobrze wiemy jak niekiedy trudno jest kochać swojego brata lub siostrę. Nawet miłość do rodziców, czy też współmałżonka, którego człowiek sam sobie wybrał, przynajmniej czasami wydaje się być niemożliwa. Tym bardziej nie jest dziwne, że dla wielu ludzi, także dla chrześcijan miłość nieprzyjaciół wydaje się nie tylko być niemożliwa, ale wręcz sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, czy nawet sprzeczna z poczuciem sprawiedliwości.

Jednak, jeżeli Jezus wzywa nas do miłości nieprzyjaciół oznacza to, że jest to możliwe. Jeżeli Bóg uczynił nas swoimi dziećmi i pragnie abyśmy żyli tak, jak Jego umiłowany Syn Jezus Chrystus, oznacza to, że daje nam siłę, którą potrzebujemy do takiego życia.

Dlatego też, jeżeli choć trochę ufamy Jezusowi, nie powinniśmy odrzucać możliwości życia zgodnego z Jego nauką, ale raczej powinniśmy zastanowić się nad tym, co utrudnia nam kochanie naszych nieprzyjaciół. Może wcześniej powinniśmy zastanowić się nad tym, dlaczego kochanie tego, który wyrządził nam krzywdę wydaje się nam to niemożliwe?

Jedną z możliwych przyczyn może być błędne zrozumienie tego, co to znaczy kochać nieprzyjaciół. Wielu ludzi jest przekonanych, że kochać drugą osobę oznacza lubić tą osobę, oznacza cieszyć się z jej istnienia. Niewątpliwe lubienie osoby, która nas krzywdzi, jak również cieszenie się z istnienia osoby, która życzy nam jakiegoś nieszczęścia, dla zdrowego psychicznie człowieka nie jest możliwe. Jednak miłość, do której wzywa nas Jezus nie jest lubieniem drugiego człowieka, ale jest czynienie dobra dla niego.

Trudno sobie wyobrazić, że Jezus lubił i cieszył się z obecności żołnierzy, którzy Go biczowali, którzy Go poniżali i przybili do krzyża. Raczej z całą pewnością można stwierdzić, że Jezus odczuwał gniew, jeśli nawet nie odrazę do tych ludzi. Ich obecność budziła w Jezusie raczej lęk i smutek, niż radość. Jednak Jezus nie ulegał swojemu uczuciu i nie życzył im niczego złego, nie przeklinał ich, nie „wołał o pomstę do nieba”. Wprost przeciwnie Jezus prosił Boga o przebaczenie dla nich, czyli czynił dobro, które oni najbardziej potrzebowali w tym momencie.

Aby zrozumieć to, dlaczego Jezus mógł czynić dobro dla tych, którzy wyrządzali mu krzywdę, czyli dlaczego mógł kochać swoich nieprzyjaciół, zastanówmy się nad tym, dlaczego trudno jest nam czynić dobro dla tych, którzy wyrządzają nam krzywdę?

Każdy zdrowy psychicznie człowiek odczuwa złość na tego, który go krzywdzi. Doznaje poczucia krzywdy, poczucia niesprawiedliwości. W tym momencie pragnienie zemsty, czy też ukarania krzywdziciele jest czymś naturalnym. Normalnie człowiek jest przekonany, że w ten sposób może odzyskać poczucie sprawiedliwości, czy też poczucie bezpieczeństwa, poczucie psychicznej równowagi.

Czynienie dobra dla tej osoby może wydawać się przyzwoleniem na kontynuowanie czynienia zła przez tą osobę, może wydawać się rezygnacją z obrony samego siebie, czy też najbliższych nam osób, może wydawać się rezygnacją ze sprawiedliwości, rezygnacją z odzyskania tego wszystkiego, co utraciliśmy.

Jednak, jeżeli mścimy się, czy też karzemy tych ludzi poprzez czynienie zła, zło wcale nie znika, ani nie maleje, a jedynie powiększa się. Często poprzez odpowiadanie złem na zło, narażamy się na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Sami sobie wyrządzamy większą krzywdę niż ta, którą została nam wyrządzona.

W rzeczywistości czynienie dobra dla krzywdziciela wcale nie oznacza przyzwolenia na dalsze czynienie zła. Wprost przeciwne jest realnym i jedynie skutecznym sposobem walki ze złem.

Jezus zwalczał zło poprzez pomoc ludziom cierpiącym. Jezus walczył ze złem także poprzez ujawnianie błędów, obłudy, niesprawiedliwości tych, którzy Go atakowali, czy też wyrządzali krzywdę innym ludziom. Wzywał do nawrócenia tych, którzy czynili zło. Gdy nie mógł nic zrobić dla powstrzymania zła, ukrywał się przed tymi ludźmi, którzy pragnęli Go skrzywdzić albo też przyjmował czynione przez nich zło z cierpliwością. Jednak przyjmowanie tego zła nie było poddaniem się, ale kontynuacją walki poprzez ukazywanie miłości wobec tych, którzy Go krzywdzili. Jezus nigdy nie krzywdził innych ludzi, nigdy nie czynił zła, ale też nigdy nie zrezygnował z walki ze złem.

Poprzez wierność miłości aż do końca, a szczególnie poprzez swoje zmartwychwstanie Jezus ukazał prawdę, że miłość jest mocniejsza niż wszelkie zło. Ukazało prawdę, że żadne zło nie jest w stanie ani pokonać, ani zniszczyć miłości.

Jezus mógł kochać każdego bez wyjątku człowieka, ponieważ Jego największym skarbem była miłość Boga. Wiedział, że nikt nie jest w stanie odebrać od niego tego skarbu. Ludzie mogli Go oczerniać, mogli Go zdradzać, prześladować, ranić na wiele innych sposobów. Mogli Go nawet zabić. Jednak nikt nie był w stanie odebrać Jezusowi Jego największego skarbu. Właśnie z tego powodu Jezus nikogo nie uważał za zagrożenie dla siebie, nikogo nie musiał się lękać. Pomimo, że wielu ludzi było bardzo wrogo nastawionych do Jezusa, Jezus nikogo nie uważał za swojego wroga. Pragnął podzielić się swoim skarbem z każdym bez wyjątku człowiekiem.

Jeżeli nie potrafimy jeszcze kochać swoich nieprzyjaciół i taka miłość wydaje się nam nie możliwa, znaczy to, że miłość Boga nie jest jeszcze naszym największy, skarbem, że za swój skarb ciągle uważamy coś, co drugi człowiek może nam odebrać i ciągle czujemy się zagrożeni przez drugiego człowieka. Kiedy podobnie jak Jezus uznamy miłość Boga za swój największy skarb i będziemy dogłębnie przekonani, że żaden człowiek nie jest w stanie odebrać nam tego skarby, będziemy w stanie kochać tak, jak kochał Jezus, będziemy w stanie odpowiedzieć na Jego wezwanie do miłowania naszych nieprzyjaciół. Co więcej miłość nieprzyjaciół stanie się dla nas tak naturalna, jak miłość naszych przyjaciół. O takie nawrócenie, o taki wzrost duchowy dal nas wszystkich pragnę się modlić.